Drogie Koleżanki i Drodzy Koledzy,
W liście zamieszczamy informacje i dokumenty, które nadpłynęły pod
koniec sierpnia oraz trzy wcześniejsze oświadczenia wiążące się z
sytuacją na Białorusi wydane przez organizacje członkowskie
EUWP. Łączę serdeczne pozdrowienia
Wrzesień - 2005 r.
Tadeusz
Adam Pilat
Wiceprezydent EUWP
1) Oświadczenie Andżeliki Borys z
5/8-2005, apel o niebranie udziału w zjeździe w Wołkowysku. Prośba
do wszystkich rodaków na świecie o pamięć i wsparcie.
2)
Mniejszości narodowe na Litwie popierają Polaków na Białorusi
Oświadczenie 12 organizacji mniejszości
narodowych na Litwie w obronie ZPB i aresztowanych działaczy.
3)
Apel białoruskich radnych do Prezydenta Łukaszenki w
obronie prześladowanych działaczy Związku Polaków na Białorusi.
4)
„Kto się boi Andżeliki Borys?” Tekst
Wacława Radziwinowicza w "Wysokich Obcasach", poświęcony
Andżelice Borys. Życiorys, rodzina, historia i tło konfliktu.
5)
Solidarność Białorusinów
Wypowiedzi red. naczelnego
tygodnika "Głos znad Niemna",
Andrzeja Pisalnika i wiceprezesa ZPB, Józefa Porzeckiego na spotkaniu z
dziennikarzami, zorganizowanym przez dziennik "Rzeczpospolita".
6) Prześladowanie Polaków na Białorusi
Artykuł prof.
Andrzeja Stelmachowskiego
poświęcony genezie konfliktu i zaistniałej sytuacji. Stanowisko
Stow. Wspólnota Polska.
7)
„Białoruska puszka Pandory” Artykuł
niezależnego publicysty Aleksander Fieduta, byłego bliskiego
współpracownika Łukaszenki. Analiza i przyczyny ingerencji władz w
ZPB.
8)
Oświadczenie Związku Dziennikarzy Polskich na Wschodzie
9)
Oświadczenie Zrzeszenia Organizacji Polonijnych w Szwecji
10) Odezwa Związku Polaków na Litwie w sprawie
Białorusi
* * *
1) Oświadczenie Andżeliki Borys
5/8-2005
Rodacy! Przyszedł czas próby! Zdaję sobie sprawę, że w każdej
chwili mogę zostać aresztowana Wiem, że ten apel może być moim
ostatnim głosem do Was na wolności.
Na VI Zjeździe w marcu 2005 roku demokratycznie wybrano Prezesa i
Radę Naczelną i to oni pozostają jedyną legalną władzą Związku
Polaków na Białorusi. Nie ma żadnych podstaw prawnych do
unieważnienia VI zjazdu.
Nasi przyjaciele i koledzy: Józef Porzecki, Andrzej Poczobut,
Mieczysław Jaśkiewicz, Tadeusz Gawin, Andrzej Pisalnik, Wiesław
Kiewlak. Zostali bezprawnie aresztowani i osadzeni w więzieniach.
Ukarano ich za przywiązanie do kultury ojczystej. Ukarano ich za
miłość i szacunek do prawdy i sprawiedliwości.
Siłą odebrano nam Nasz Dom Polski w Grodnie, brutalnie wyrzucając
i aresztując Polaków, którzy strzegli polskości na
Grodzieńszczyźnie.
Proszę Was, żebyście nie uczestniczyli w zjeździe zwołanym przez
władzę. Wiem, że jej przedstawiciele nie dają Wam spokoju,
przymuszając Was do przyjazdu, do Wołkowyska.
Ten nowy zjazd, będzie naruszeniem prawa białoruskiego i statutu
Związku Polaków oraz dowodem mieszania się władz Białorusi w życie
polskiej mniejszości.
Rodacy, pokazaliśmy światu, że jesteśmy solidarni i silni. Wierzę,
że dobro zatriumfuje i że do nas należy zwycięstwo. Proszę
wszystkich Polaków i ludzi dobrej woli na świecie. Pamiętajcie o
nas!
Andżelika
Borys - Prezes Związku Polaków na Białorusi
2) Mniejszości narodowe na Litwie popierają Polaków na Białorusi
17/8-2005 (PAP)
Solidarność z Polakami na Białorusi w ich "walce o prawa
człowieka" wyraziło w środę kilkanaście organizacji mniejszości
narodowych na Litwie.
Oświadczenie podpisało 12 organizacji, reprezentujących m.in.
litewskich Polaków, Azerów, Tatarów, Karaimów, Ukraińców, Rosjan i
Żydów. "Jesteśmy zaniepokojeni działaniami władz białoruskich
ograniczającymi normalną działalność Związku Polaków na Białorusi.
Wyrażamy solidarność z polskim stowarzyszeniem w jego walce o
prawa człowieka na Białorusi" - napisano w oświadczeniu. Na
początku sierpnia dziennikarze z polskiego dziennika na Litwie
"Kuriera Wileńskiego" w proteście przeciw prześladowaniu swych
kolegów, zorganizowali pikietę przed ambasadą białoruską w Wilnie.
Pod apelem, wyrażającym solidarność ze Związkiem Polaków na
Białorusi, podpisali się przedstawiciele także innych polskich
mediów na Litwie.
Władze Litwy dotychczas nie zajęły w tej kwestii żadnego
stanowiska.
3) Apel białoruskich radnych do Prezydenta Łukaszenki
24/8-2005 (PAP)
Grupa związanych z opozycja białoruskich radnych różnych szczebli,
m.in. z Grodna, Homla i Biełaaziorska, wezwała w środę prezydenta
Białorusi, Aleksandra Łukaszenkę, do powstrzymania się od
prześladowania działaczy Związku Polaków na Białorusi (ZPB). W tej
sprawie sformułowano specjalny apel. W swym apelu radni
podkreślają, że "wielu działaczy (polskiej) organizacji spotkały
bezpodstawne kary aresztu oraz są prześladowani przez władze". Ich
zdaniem, "państwo rozpoczęło prawdziwą wojnę z Andżeliką Borys i
jej zwolennikami", zaś "zajęcie siedziby ZPB przez OMON jest
przejawem zniewagi nie tylko wobec członków organizacji, ale i
ludzi dobrej woli".
Sygnatariusze apelu wskazują, że "państwowe media w sposób
jednostronny i tendencyjny przedstawiają sytuację powstałą wokół
organizacji społecznej - sztucznie rozpalając konflikt na tle
narodowościowym". Dlatego radni apelują do prezydenta, aby
"powstrzymał antykonstytucyjne działania i rozpoczął dialog z
udziałem wybranego zgodnie z prawem kierownictwa Związku Polaków
na czele z Andżeliką Borys". Jeden z polskich działaczy ZPB,
Andrzej Poczobut, poinformował, że pod apelem podpisało się na
razie 7 radnych różnych ugrupowań opozycyjnych. Podpisy będą
jednak nadal zbierane po wysłaniu listu do prezydenta. Na razie
nie wiadomo, czy prezydent w ogóle odpowie na apel i ewentualnie
kiedy to zrobi. Dwa miesiące temu około 3 tysięcy przedstawicieli
polskiej mniejszości na Białorusi podpisało się pod apelem do
Łukaszenki, zwracając się do prezydenta Białorusi "jako gwaranta
konstytucyjnych praw obywateli (...) o powstrzymanie niszczenia
Związku Polaków". Poczobut powiedział, że na tamten apel do
siedziby Związku Polaków w trakcie przewidzianego prawem miesiąca
czasu odpowiedź z kancelarii prezydenta nie przyszła.
4) „Kto się boi Andżeliki Borys?”
Tekst: Wacław Radziwinowicz
Należy do tych kobiet, które, czując stałe zagrożenie, przybierają
na wadze. Martwi się tym, ale próbuje się pocieszać: - To nic. W
końcu mnie posadzą, wtedy w więzieniu ogłoszę głodówkę i wrócę do
normy. Dowcip taki bardziej wisielczy. Andżelika dobrze wie, że
białoruskie więzienie nie jest miejscem na poprawianie urody.
Opowieści jej najbliższych
współpracowników, którzy już siedzą, nie pozostawiają złudzeń.
Na "narach" jak sardynki
W Lidzie siedzi
Andrzej
Pisalnik, redaktor naczelny "Głosu znad Niemna", organu Związku
Polaków na Białorusi, i
Andrzej
Poczobutt, polonijny dziennikarz. Tam do niedawna siedzieli też
Józef Porzecki, wiceprezes ZPB, i działacz związkowy Mieczysław
Jaśkiewicz. W Grodnie trzymają Tadeusza Gawina, założyciela ZPB i
pierwszego prezesa Związku, razem z nim siedzi Wiesław Kiewlak,
zastępca Andżeliki. Na Białorusi skazanych na krótkie wyroki - a
Łukaszenko politycznych sadza teraz na 10-15 dni - trzymają w SIZO
(Sledstwiennyj Izolator Wriemiennego Sodierżanija), czyli areszcie
śledczym. A SIZO to w tym kraju, podobnie jak w Rosji, najbardziej
paskudne miejsce w fatalnym systemie więziennym. Typowa cela czy
to w Lidzie, Grodnie czy w stołecznym Mińsku to betonowa klatka o
wymiarach 5 na 3 m. Większą jej część zajmują "nary", postument z
brudnych desek, na którym się śpi. Bez materaca, koca. Jeśli się
dobrze trafi, w celi ma się paraszę - metalowy kibel, do którego
ludzie załatwiają się na oczach współwięźniów. Jeśli nie ma kibla,
za potrzebą wyprowadzają dwa razy na dobę. Łaźnia zgodnie z
regulaminem przysługuje więźniowi raz na tydzień. Ale nikt z moich
znajomych, którzy byli w którymś z SIZO, nigdy jej nie widział.
Opłukać twarz można w zasadzie tylko wtedy, kiedy w paczce od
krewnych dostanie się butelki z wodą mineralną. Choć pod sufitem
przez okrągłą dobę pali się goła żarówka, jest zbyt ciemno, by
czytać. Do jednej celi wsadzają tu i po dziesięć osób. Politycznym
lubią podsadzić włóczęgów, alkoholików. I całe to towarzystwo,
przytulając się do siebie jak sardynki w puszce, próbuje spać na
jednych twardych narach. Ci, którzy odsiedzieli swoje dwa
tygodnie, wychodzą brudni i wychudzeni, bo bałanda, czyli
serwowana raz dziennie zupa, za którą więzień musi zapłacić
dolara, do jedzenia się nie nadaje. Ale kto wie, czy Andżelika,
kiedy wreszcie - w co nikt nie wątpi - trafi do więzienia,
rzeczywiście nie odetchnie. Może w SIZO nie będą dochodzić odgłosy
obławy, którą osacza ją białoruski dyktator, jego KGB,
prokuratura, posłuszne Łukaszence media, liczni - jak się okazuje
- konfidenci służb specjalnych w szeregach ZPB. Cały aparat
państwowy od marca, kiedy Andżelika Borys została niespodziewanie
wybrana na prezesa Związku, masakruje psychicznie tę 31-letnią
prostą dziewczynę.
Oblężenie Domu Polskiego
Umawialiśmy się z Andżeliką na początek sierpnia. Mieliśmy
przyjechać do niej na parę dni, rozmawiać o jej życiu, rodzinie,
planach - tak jak to zazwyczaj robimy z bohaterkami tekstów w
"Wysokich Obcasach". Przyjechaliśmy do Grodna wcześniej, w środę
27 lipca, bo już było jasne, że ostateczna rozprawa z nią i
Związkiem Polaków na Białorusi rozpocznie się lada chwila.
We wtorek w Szczuczynie milicja aresztowała Porzeckiego,
Poczobutta i Jaśkiewicza. Agenci przyszli też po Pisalnika. Nie
wzięli go, bo akurat był w Bratysławie. Władze oczyszczały
przedpole przed zaplanowanym na środę w Szczuczynie posiedzeniem
byłej Rady Naczelnej ZPB. Byłych członków zwoływał Tadeusz
Kruczkowski, idący na pasku KGB były szef Związku. Jasne
było, że Rada miała zdjąć Andżelikę ze stanowiska i dać władzom
pretekst do przejęcia ZPB siłą.
Kiedy przyjechaliśmy do Grodna w środę rano, okazało się, że domek
przy skrzyżowaniu ulic Dzierżyńskiego i 17 Września (obchodzonego
tu jako dzień wyzwolenia - od panowania polskiego oczywiście),
gdzie mieści się główna siedziba ZPB, otaczają gromady tajniaków z
KGB. Wszędzie wokół było też pełno milicji. Wchodzących i
wychodzących z budynku starannie filmował operator milicyjny. Tak
tu było od kilku tygodni, kiedy sam Łukaszenko, a za nim jego
telewizje zaczęli oskarżać Andżelikę, jej współpracowników i
władze w Warszawie, że chcą przekształcić Białoruś w drugie Kosowo,
kraj ogarnięty wojną domową. Teraz jednak pojawiło się coś nowego
- samochody z rosłymi chłopami z OMON-u, formacji służącej do
szturmów i rozganiania demonstracji.
Za ręce i nogi
W samym Domu Polskim zamieszanie. Wzburzona Andżelika, odpalając
jednego papierosa od drugiego, przekrzykuje się z zapłakaną Haliną
Jakołcewicz, szefową miejscowego koła Sybiraków: - Pojadę! - Nie
pojedziesz. Znowu dostaniesz ataku i jeszcze umrzesz! Albo cię
zamkną jak tamtych i z kim my zostaniemy! - podnoszą głosy tak, że
chwilami zagłuszają chór kilkunastu starszych pań śpiewających
"Rotę" i "Pod Twoją obronę", znak dla agentów czyhających pod
oknami, że są gotowe bronić swojego domu. Andżelika rwie się, by
jechać do Lidy na proces trójki współpracowników, albo do
Szczuczyna, gdzie zbierają się związkowi renegaci. - Żeby
popatrzeć im w oczy, zobaczyć, kto zdradził - tłumaczy. - Uspokój
się! - błaga pani Halina. Opowiada, że po Andżelikę też już
przychodzili. Koło północy ktoś dobijał się do jej mieszkania. -
Nie otworzyła drzwi i dobrze zrobiła. Ale kiedy rano przyszła do
pracy, zasłabła. Serce. Wzywaliśmy lekarza. Zrobił zastrzyk. Dał
leki. I jak teraz jechać! Przecież albo posadzą, albo sama się
wykończy. Co robić? - szuka rady zrozpaczona pani Halina. Na
szczęście na wolności są jeszcze Kiewlak i Gawin. Pod wieczór
przyjedzie Pisalnik. Można zamknąć się z nimi w gabinecie prezesa.
Spokojnie naradzić. Ale tego gabinetu wieczorem już nie będzie.
Wedrze się tu szef grodzieńskiej milicji płk Jurij Czebanow i każe
się wszystkim wynosić, bo tak kazał minister sprawiedliwości
Republiki Białoruś, a renegaci od Kruczkowskiego ogłosili, że
wyrzucają Andżelikę i jej współpracowników ze Związku i zwołują
nowy zjazd ZPB. Tymi, którzy nie wyjdą dobrowolnie, zajmie się
major Aleksandr Chilko. To on rozkazał omonowcom za ręce i nogi
wynosić starszych członków Związku, którzy, śpiewając "Nie rzucim
ziemi...", położyli się na podłodze. Posiniaczoną Halinę
Jakołcewicz i Leona Podlacha w porwanej przez napastników koszuli
kazał zabrać na posterunek. Za kilka dni nie będzie już też ani
Gawina, ani Kiewlaka, ani Pisalnika. Zgarnęli ich zaraz po tym,
jak do Grodna ze słowami wsparcia dla Andżeliki i jej zwolenników
przyjechał z Warszawy wicemarszałek Sejmu Donald Tusk. Ludzie
Łukaszenki pokazali Andżelice i trzymającym się jej Polakom, że
żadna Polska im nie pomoże. Tydzień później nie przepuścili przez
granicę jadących do Grodna polskich deputowanych do Parlamentu
Europejskiego.
Tajniacy, "minimałki" i kamerzysta
Wokół jej domu, typowego pięciopiętrowego bloku z wielkiej płyty,
jakie w czasach Breżniewa budowano w całym demoludzie od Kamczatki
do Berlina, stale czuwają agenci. Na uliczce biegnącej wzdłuż
budynku co jakiś czas pojawia się samochód bez tablic
rejestracyjnych. Białorusini wierzą, że takimi nieoznakowanymi
wozami jeżdżą tajniacy ze "szwadronów śmierci", które porywają i
likwidują ludzi niewygodnych dla władzy. Trudno powiedzieć, czy to
prawda. W każdym razie pojawienie się wozu bez tablic pod czyimś
domem budzi trwogę. Wszędzie, gdzie Andżelika spotyka się ze swymi
zwolennikami, natychmiast zjawia się i major Chilko. Lubi
postraszyć trzy starsze panie stojące pod prokuraturą, gdzie
przesłuchują Andżelikę, że ich obecność w miejscu publicznym może
"być oceniona jako nielegalne zgromadzenie", za co grozi kara
wysokości iluś tam "minimałek" ("minimalne wynagrodzenie za pracę"
- dziś na Białorusi to ok. 12 dol.). Chilko szczodrze szafuje "minimałkami"
- grozi, że będzie ich tyle, że i cała roczna emerytura nie
wystarczy na opłacenie grzywny. A tam, gdzie Andżelice uda się
rozmawiać z ludźmi, natychmiast zjawia się kamera milicyjna. Jej
operator, niski, rudawy, jest nawet dosyć sympatyczny. Rozmawia z
polskimi fotoreporterami. Czasem pomacha do obiektywu. Kiedy
poproszą, grzecznie wyjdzie z kadru. Za nic jednak nie chce
powiedzieć, czy państwowa telewizja, która codziennie wykorzystuje
świeże nagrania z jego milicyjnej kamery, płaci mu honoraria.
Przesłuchania chodzą parami
Milicjanci i prokuratorzy rozmiękczają Andżelikę przesłuchaniami.
Najpierw dostaje wezwanie na milicję. A kiedy ją tam maglują,
dzwoni prokurator i "serdecznie zaprasza" do siebie, jak tylko
"pani wyjdzie z komendy".
- A wezwanie? - pyta Andżelika.
- Wręczymy, kiedy tylko się pani u nas zjawi - odpowiada
słuchawka.
O co pytają? O to, kto pomaga Pisalnikowi drukować w Polsce
związkowy "Głos znad Niemna", którego nie chce drukować państwowa
drukarnia w Grodnie. O związkowe pieniądze, które miała ukraść. O
sprzęt przysłany z Polski, który też ponoć przepadł. I grożą.
Jeśli jej zwolennicy nie przestaną się zbierać, modlić i śpiewać
pod chronionym przez milicję i zajętym przez Kruczkowskiego Domem
Polskim, to "porozmawiamy inaczej". Rozumie, że "inaczej" znaczy,
że zamkną. Rozmowy z prokuratorami rejestruje kamera. Trzeba
uważać na każde słowo, bo ten zapis mogą już wieczorem pokazać w
ogólnopaństwowej telewizji. - Oni nie prowadzą żadnego formalnego
śledztwa, nie szukają dowodów winy. Jeśli zechcą, sfabrykują
dowody. U nas w sprawach politycznych jako świadkowie najczęściej
występują milicjanci, którzy recytują wykute formułki. Władze
wiedzą, że ostatecznie rozprawią się z niezależnym Związkiem
Polaków dopiero, kiedy uda im się złamać Andżelikę. I temu służą
te przesłuchania, straszenie. Dla nich najlepiej by było, gdyby
wystraszona sama się wycofała, schowała w mysią dziurę - mówi
Mykoła Markiewicz, wybitny opozycyjny dziennikarz, który sam
przeszedł przez śledztwa i więzienie.
Co napisała Alina?
W mysią dziurę, o której mówi Markiewicz, schowała się Alina
Jaroszewicz, szefowa oddziału Związku Polaków na Białorusi w
przygranicznym Brześciu. Ją, wykładowczynię na miejscowej uczelni,
też łamali na przesłuchaniach. Próbowała się bronić, napisała list
do Zarządu Głównego ZPB. Pisała, że milicja próbuje zrobić z niej
agenta, że przesłuchuje po nocach, straszy wszczęciem sprawy
kryminalnej. Kiedy Związek przesłał jej skargę do ministerstwa
sprawiedliwości i KGB, żądając wyjaśnień, przerażona uciekła do
Polski. Kompletnie załamana przyszła do mnie do redakcji. Bała się
wracać. Bała się, że jeśli nie wróci, coś strasznego stanie się z
jej rodziną. Pokazywała mi swój list, potwierdzała, że to ona go
napisała, ale prosiła, żeby w gazecie napisać, że żadnego listu
nie było. Wróciła do Brześcia. Kilka dni później główny kanał
telewizji białoruskiej nadał reportaż, w którym znalazła się
udzielona ponoć radiu w Brześciu wypowiedź pani Jaroszewicz, że
skarga nie jest jej autorstwa. A ona sama zniknęła. Jej telefony
komórkowe zamilkły. Mama, do której się dodzwoniłem, zapewniła
mnie, że "Alina wyjechała na długo i daleko". W przeddzień szturmu
na Dom Polski w Grodnie do siedziby ZPB nie wiadomo skąd przyszła
faksem jej rezygnacja z wszelkich funkcji związkowych.
Nie wiem, o co pan pyta
Po podwójnych przesłuchaniach Andżelika jest na ostatnich nogach.
Skrajnie zdenerwowana. Kiedy przed prokuraturą zadałem jej jakieś
proste pytanie, spojrzała na mnie wystraszona i odpowiedziała: -
Nie rozumiem, o co pan pyta.
- Andżeliko, przecież jesteśmy na ty.
- Przepraszam. Myślę już tylko o tym, żeby zamknąć się w domu,
odpocząć.
Atak z ekranu
A w domu wieczorami wcale nie jest spokojnie. Przychodzą
dziennikarze. Stale dzwonią z jakichś redakcji. Andżelika
odpowiada po polsku, po rosyjsku, po białorusku. O 20.30 czasu
miejscowego zaczynają się w powszechnie tu oglądanym pierwszym
programie Telewizji Polskiej "Wiadomości". Zazwyczaj jest reportaż
z Grodna Agnieszki Romaszewskiej, reakcje Polaków na to, co dzieje
się na Białorusi. To podnosi na duchu. Polska pamięta, Polska
popiera. A zaraz potem psychiczny zjazd. O 21.00 zaczyna się "Panarama",
główny program informacyjny telewizji białoruskiej. Głównym
bohaterem jest tam od zawsze Łukaszenko. Prezydent rozwalony za
biurkiem uczy ministrów, jak zbierać zboże, rozwijać oświatę,
leczyć dzieci. Ministrowie, stając za przystawionym do
prezydenckiego biurka stołem, coś dukają albo wystraszeni milczą.
Kiedy znika prezydent i jego podwładni, na ekranie pojawia się
Andżelika, wcielenie zła. Telewidzowie dowiadują się, że,
działając na polecenie z Warszawy i Waszyngtonu, próbuje wzniecić
niepokój w ich spokojnym kraju. Że podburza i spiskuje. Że
świadkowie oskarżają ją o kradzież tysięcy dolarów, za które
kupiła sobie dwa mieszkania i buduje willę. Ulubioną ilustracją
tych informacji jest teczka z napisem "dieło" (sprawa - w tym
przypadku kryminalna) i czyjeś dłonie przeliczające banknoty
studolarowe.
Po "Panaramie" program publicysty czny "Komentarz dnia" albo "W
centrum uwagi" - znów opowieści o spisku, Amerykanach, dolarach. I
o tym, że na Białorusi nikt nie dyskryminuje mniejszości polskiej,
a dyskryminacja to jest w Polsce, gdzie "mniejszości żyją jak
Indianie w rezerwatach". Andżelika podenerwowana próbuje
dyskutować z telewizorem. Znowu pali jednego papierosa po drugim,
tłumaczy polskim dziennikarzom, którzy jak co dzień zasiedzieli
się w jej gościnnym domu, że nie kradła, że nie ma żadnej willi.
O Borysach spod Sokółki
W przerwach między telefonami Andżelika próbowała opowiadać o
rodzinie. O Borysach, których wielu mieszka pod Sokółką. O dziadku
Antonim, ochotniku walczącym u Piłsudskiego z bolszewikami. Przed
wojną Antoni za pieniądze zarobione na saksach we Francji kupił
kawał ziemi we wsi Grzebienie. Andżelika jak największą relikwię
przechowuje akt notarialny na tę ziemię spisany przez notariusza w
Sokółce. Potem, kiedy po 17 września 1939 roku do Grzebieni
przyszli Sowieci,
Antoni
przez tę ziemię i tego Piłsudskiego musiał ukrywać się w ziemiance
w lesie. Wytrwał w lesie do czasu przyjścia Niemców. Po wojnie
Grzebienie znalazły się sześć kilometrów za nową granicą Polski.
Ta wioska do dziś jest niedostępna dla obcych. Na Białorusi, żeby
się dostać do strefy przygranicznej, trzeba się wystarać o
specjalne zezwolenie władz.
Andżelika ochrzczona nocą
Po wojnie ziemia kupiona przez
Antoniego poszła do kołchozu. Został tylko akt notarialny.
Dziadkowi sowieci dali spokój, ale rodzice Andżeliki, których
system sowiecki przez dziesięciolecia uczył pokory, jeszcze teraz
boją się wspominać o jego służbie u Piłsudskiego i ziemiance w
lesie.
- Urodziłam się jesienią 1973 roku, ale jeszcze pamiętam u nas w
Grzebieniach przebłyski starych polskich tradycji. Jeszcze do
niektórych osób mówiło się "proszę pani", "proszę pana", a nie tak
jak do innych kołchoźników - na ty. I były polskie święta. Za
stołem, z kolędami. To było takie inne od tego kołchozowego
zaniedbania, bałaganu, pijaństwa - wspomina Andżelika. Jak mi
powiedział Antoni, brat Andżeliki, jedną z tych osób, do których w
przygranicznym kołchozie mówiło się "proszę pani", była "pani
Marysia", ich babcia. - Bali się jej wszyscy, bo każdemu mówiła
prawdę w oczy. A i w domu trzymała porządek. Goniła do pracy, nie
pozwalała mężczyznom pić. To ona nas chrzciła. Andżelikę
potajemnie nocą, bo władze zabraniały, w kościele w Żełudku,
daleko za Szczuczynem. Przygotowała ją też potajemnie, bo
proboszcz w Odolsku się bał, do pierwszej komunii. Uparła się
wtedy i u fotografa zrobiła jej zdjęcie w sukience komunijnej -
opowiada o babci Antoni i zapewnia, że Andżelika właśnie po "pani
Marysi" odziedziczyła twardość charakteru: - Ona jest najstarsza z
całej czwórki naszego rodzeństwa. I zawsze nam szefowała. Umiała
nas bronić. Jak trzeba, to i chłopakowi potrafiła przylać.
Rodzeństwo dziś pomaga swojej Andżelice. Ania, bardzo podobna do
starszej siostry, teraz prowadzi jej dom. Każdego, nawet bardzo
spóźnionego gościa nakarmi i jeszcze ślicznie się uśmiechnie. W
spore tarapaty wpadł brat Andżeliki Wiktor, oficer milicji
białoruskiej. Przełożeni próbowali go zmusić, żeby przekazał
siostrze wezwanie na przesłuchanie. Rzucił świstek na ziemię,
powiedział, że nie podniesie. Już wie, że będzie musiał się
pożegnać ze służbą.
Miała być lekarką
W rodzinie Borysów wszyscy są przerażeni tym, co się dzieje wokół
Andżeliki, tymi strasznymi rzeczami, które o niej opowiadają w
telewizji. A rodzice przecież wybrali dla niej zupełnie inne
życie. Chcieli, żeby była lekarką. Kiedy miała 17 lat, dostała się
na pediatrię w Grodnie. Ale przeczytała ogłoszenie, że Studium
Nauczycielskie w Zamościu przyjmuje kandydatów zza wschodniej
granicy. Wyjechała do Polski, wróciła jako nauczycielka polskiego
do szkoły w swym parafialnym Odolsku. Skończyła jeszcze studia
pedagogiczne w Białymstoku i wtedy dostała posadę w Związku
Polaków na Białorusi, gdzie kierowała szkołami polskimi. -
Jeździłam po całym kraju. Poznałam wszystkich nauczycieli. Dzieci
też. Polubiliśmy się. Ta praca bardzo mi odpowiadała, nie chciałam
nic zmieniać - zapewnia Andżelika.
Prezes na haku
Wszystko zmieniło się jednak samo, kiedy szefem ZPB na miejsce
Tadeusza Gawina został
Tadeusz Kruczkowski,
wykładowca historii na uniwersytecie w Grodnie, człowiek, który ma
opinię fircyka w zalotach. I to ustawicznych. Studenci nazywają go
"doktor seks". Opowiadają, że co ładniejsze dziewczyny zaprasza na
zdawanie egzaminów do domu. Jedna ze studentek publicznie
oskarżyła go o gwałt, prokuratura jednak umorzyła postępowanie.
- A jak traktował ciebie, kiedy został szefem? - zapytałem
Andżelikę.
- No, próbował się przystawiać. Powiedziałam, żeby się odczepił -
błękitne oczy Andżeliki ze złości robią się tak granatowe, że
przypominają mi się słowa Anatola, że siostra potrafi przyłożyć.
Kruczkowski zamroził działalność Związku. Nie budował szkół, które
obiecał, we wszystkim słuchał władz w Mińsku. Podwładnym, którzy
się z nim nie zgadzali, nie płacił pensji, choć regularnie
otrzymywał na nie pieniądze z Warszawy. Odcinał im telefony.
Zwlekał ze zwołaniem zjazdu ZPB, który miał wybrać nowe władze.
Kiedy wreszcie w marcu tego roku zjazd zwołano, cała maszyna
państwowa próbowała zapewnić mu utrzymanie się na stołku. Wszyscy
delegaci byli wzywani do wydziałów ideologicznych swoich
administracji rejonowych. Tam słyszeli, że mają głosować na
Kruczkowskiego. Bo inaczej stracą pracę, ich dzieci wylecą z
uczelni.
- Mieliśmy tego dość. Na zjeździe ludzie mówili Kruczkowskiemu w
oczy, że uważają go za agenta KGB, które trzyma go na haku za jego
grzeszki. Jego studentka wdarła się na mównicę i wykrzyczała mu w
twarz: "Czego się śmiejesz? Jak mnie gwałciłeś, to się nie
śmiałeś!". Skandal za skandalem. I wtedy zaczęliśmy między sobą
mówić, że potrzebny jest nam ktoś nowy, energiczny, bez związków z
KGB. A taka właśnie jest Andżelika, którą znają i lubią ludzie w
terenie. I głosowaliśmy na nią. Ona dostała 152 głosy, a
Kruczkowski 116 - przypomina Teresa Hołownia, szefowa koła ZPB we
wsi Indura, i dodaje: - Teraz mówią, że zjazd trzeba powtórzyć,
odwołać Andżelikę, wybrać nowe władze, bo tamten w marcu był
przygotowany niezgodnie z prawem. A kto organizował tamten zjazd?
Przecież sam Kruczkowski razem z administracją państwową i KGB!
Łukaszenko nie popuści
Ale Łukaszenko zrobi wszystko, żeby odebrać Związkowi Polaków
niezależność. W jego państwie nie może być żadnej niezależnej
organizacji, żaden człowiek nie może być wybrany na szefa, choćby
związku hodowców gołębi pocztowych, bez jego akceptacji. Taka jest
logika każdego państwa totalitarnego. Dlatego Andżelika jest wciąż
wzywana na przesłuchania, jej współpracownicy siedzą, a oficjalna
propaganda ich szkaluje. I będzie to robić, póki ich nie złamie.
Jeśli mu na to pozwolimy.
5) Solidarność Białorusinów
16/8-2005 Warszawa (PAP)
Nieformalny rzecznik Związku Polaków na Białorusi (ZPB), redaktor
naczelny tygodnika "Głos znad Niemna"
Andrzej
Pisalnik uważa, że Białorusini - w przeciwieństwie do władz w
Mińsku - solidaryzują się z represjonowanymi Polakami.
Pisalnik razem z wiceprezesem Związku Józefem Porzeckim wziął we
wtorek udział w spotkaniu z dziennikarzami, zorganizowanym przez
dziennik "Rzeczpospolita". Pisalnik i Porzecki byli wśród
aresztowanych na 10 dni działaczy ZPB.
"Białorusini - choć zastraszeni - narażając swoją wolność
solidaryzują się z nami, bo nie podoba im się to, co się z nami
dzieje" - mówił Pisalnik.
„Propaganda białoruska - dodał - pokazuje ustawione akcje -
pikietowanie ambasady czy konsulatów, jakie prowadzą zmuszeni do
tego studenci uczelni państwowych". Równolegle, podkreślił jednak,
odbywają się pikiety na znak solidarności z Polakami, będące
wyrazem poparcia dla działaczy Związku. Porzecki podkreślał, że od
marca, kiedy to na przewodniczącą Związku Polaków na Białorusi
została wybrana Andżelika Borys, polska mniejszość narodową - i
sam Związek - stały się obiektem "prześladowań, szykanów,
zmasowanego ataku władz białoruskich".
"Tak zwanym zjazdem" nazwał przewidziane na 27 sierpnia powtórne
wybory kierownictwa Związku. Termin ten wyznaczyła stara Rada
Naczelna ZPB zgodnie z rekomendacją białoruskich władz, które nie
uznają nowego kierownictwa Związku z Borys na czele.
"Nie nazwę tego kolejnym zjazdem Związku Polaków na Białorusi, ale
zjazdem czy zebraniem, które przeprowadza władza białoruska" -
mówił.
"Władzom białoruskim potrzebny jest ten zjazd - mówił Pisalnik -
aby pokazać, że opanowały sytuację, że Polacy są z władzą i nikt
ich nie prześladuje". Według jego informacji, w sierpniowym
Zjeździe ma uczestniczyć nawet do 200 delegatów. Są oni - twierdzi
Pisalnik - instruowani przez stare władze Związku, aby "głosować
na tego, kto będzie wyłoniony - absolutnie żadnego sprzeciwu,
żadnych kontrkandydatów".
Pisalnik podkreślił, że choć formalnym adresem Związku w Grodnie
pozostanie Dzierżyńskiego 32, to "nie jest to już siedziba
Związku, tylko sztab przygotowania nowego zjazdu przez
administrację Łukaszenki". Zdaniem Pisalnika, rozwiązanie
problemów na Białorusi wymaga zmiany rządzących. "Szkoda tego
majątku związkowego, który podatnik polski nam zafundował, ale
nawet jeśli władze formalnie przejmą majątek Związku, to mam
nadzieję, że nowa władza z przeprosinami odda to znowu Polakom" -
uznał. "Niech oni mają to na rok, na dwa" - dodał.
"Organizację stanowią ludzie - sprzęt, majątek, domy, samochody
mogą być zabrane, ale to ludzie tworzą Związek Polaków na
Białorusi" - podkreślał z kolei Porzecki. Obaj działacze
dziękowali Polakom za wsparcie działalności Związku, szczególnie w
tak trudnym dla niego momencie. "Bez waszej solidarności trudno
byłoby nam przetrwać" - mówił Porzecki.
Według danych z ostatniego spisu powszechnego, na Białorusi -
liczącej prawie 10 mln mieszkańców - żyje 400 tys. Polaków.
Związek Polaków na Białorusi jest największą w republice
organizacją społeczną. Sytuacja w ZPB zaostrzyła się w trakcie VI
zjazdu przeprowadzonego w marcu. Wyłoniono na nim nowe
kierownictwo z Andżeliką Borys na czele. Białoruski resort
sprawiedliwości uznał zjazd za nielegalny, zaś jego decyzje za
nieprawomocne. Zażądano zorganizowania nowego zjazdu. Tak zwana
stara Rada Naczelna ZPB, zgodnie z rekomendacją białoruskich
władz, wyznaczyła powtórne wybory kierownictwa Związku na zjeździe
27 sierpnia w Wołkowysku. W miarę rozwoju konfliktu zaostrzyły się
także stosunki między Białorusią a Polską, wymieniono ostre
oświadczenia, obie strony wydalały dyplomatów, na konsultacje do
Warszawy odwołano polskiego ambasadora Tadeusza Pawlaka.
6) Prześladowanie Polaków na
Białorusi
Prof.
Andrzej Stelmachowski
Ostatnie wydarzenia na terenie Białorusi, w szczególności „wojna
dyplomatyczna” (wszczęta przez władze Białorusi), w wyniku której
wydalono w niewielkich odstępach czasu trzech polskich
przedstawicieli dyplomatycznych (podobne wydalenia dyplomatów
białoruskich przez stronę polską miały charakter retorsji
wzajemnych), a nade wszystko atak wymierzony przeciwko Związkowi
Polaków na Białorusi zwróciły uwagę opinii publicznej na sprawy
polskie na Białorusi.
Autorytarny charakter rządów na Białorusi powodował, iż sprawy
polskie były przez dłuższy czas postrzegane jako element
powszechnego dławienia wszelkiej niezależnej działalności
politycznej i społecznej. Mniej dostrzegalne było antypolskie
ostrze działań władz Białorusi.
Początkowo postanowiono zablokować rozwój normalnego szkolnictwa
polskiego. Gdy przed dwoma laty prezes Stowarzyszenia „Wspólnota
Polska” w rozmowie z gubernatorem obwodu grodzieńskiego
zaproponował budowę czterech nowych szkół polskich (dotychczas w
sieci szkolnictwa publicznego działają tam tylko dwie szkoły)
usłyszał w odpowiedzi:
„Szkoły polskie? Po co? Nasze dzieci tak dalece nasiąkły duchem
ruskości (!), że nie należy zawracać im głowy jakimkolwiek
językiem obcym!”
Odwołanie się do Ministerstwa Oświaty nie dało rezultatu.
Wprawdzie rozmowy były tam prowadzone w formie kurtuazyjnej, ale
można się było dowiedzieć, że generalnie językiem wykładowym w
szkołach jest język rosyjski; język białoruski jest wykładany
tylko w 27% szkół.
Wprawdzie język polski jest wykładany jako obcy w licznych
szkołach (w okresie "szczytu" w 306 szkołach), ale jest
systematycznie spychany na margines w postaci grup fakultatywnych,
zmniejszania ilości godzin wykładowych itp. W tej sytuacji
nastąpił rozwój szkolnictwa społecznego, dla którego oparciem
stało się 16 Domów Polskich należących do Związku Polaków na
Białorusi oraz mniej liczne placówki oświatowe „Macierzy
Szkolnej”. Widoczny był także rozwój placówek i kół
folklorystycznych, chórów itp., najczęściej afiliowanych przy
Związku Polaków na Białorusi. Przez to jednak Związek stał się
„solą w oku” władz białoruskich. Irytację wywoływały także
organizacje weteranów, AK-owców itp., afiliowanych przy ZPB.
Spowodowało to atak generalny na Związek.
Pretekstem był zjazd Związku, jaki się odbył w dniach 12-13 marca
br. w Grodnie. Gdy dotychczasowy prezes, dr Tadeusz Kruczkowski przegrał walkę wyborczą o stanowisko prezesa,
a stanowisko to objęła młoda nauczycielka p. Andżelika Borys,
władze postanowiły przystąpić do ataku na Związek. Prawdopodobnie
obawiały się zbyt daleko posuniętej samodzielności Związku.
Dotychczasowy prezes utracił stanowisko z dwóch przyczyn. Po
pierwsze był on zwolennikiem ograniczenia efektywnej działalności
Związku tylko do terenu Grodzieńszczyzny, gdzie mieszka największa
ilość Polaków. Po drugie popadł w konflikt z grupą pracowników
Związku; wprawdzie nie usuwał ich z pracy, lecz pisał donosy do
prokuratury, imputując im działania przestępcze. Nic dziwnego, że
szybko stracił społeczne poparcie. Poparcia tego postanowiły
udzielić władze. Większość delegatów na zjazd była przesłuchiwana
przez organa władz lokalnych z niedwuznaczną sugestią, albo
głosowania na dotychczasowego prezesa, albo absencji na zjeździe.
Nie kwestionowano na tym etapie ani uchwały Rady Naczelnej ZPB z
20 listopada 2004 r. zwołującej zjazd, ani trybu wyboru delegatów.
Pamiętać należy, że wspomniana Rada Naczelna składała się z
przedstawicieli „starej ekipy” wybranej na poprzednim zjeździe.
Według wszelkiego prawdopodobieństwa, gdyby powolny władzom dr
Kruczkowski został ponownie wybrany prezesem (wraz z gronem swoich
współtowarzyszy z dawnego zarządu) władze nie kwestionowałyby
wyboru. Widocznie jednak nie spodziewano się tak silnego oporu i
zdecydowania delegatów, którzy ośmielili się głosować wbrew
sugestiom władz.
Doszło do ataku na Związek. Podjęto równoczesne działania idące w
trzech kierunkach. Po pierwsze Ministerstwo Sprawiedliwości
Białorusi decyzją z 11 maja br. postanowiło unieważnić uchwały
zjazdu marcowego ZPB, w tym wybór nowych władz Związku. Nadmienić
można, że działało z oczywistym pogwałceniem białoruskich
przepisów o organizacjach społecznych, które nie przewidują tak
daleko idących uprawnień Ministerstwa, jako organu nadzorczego.
Zdziwić może fakt, że pretekstem do podjęcia wspomnianej decyzji
było rzekome naruszenie zasad statutowych w toku przygotowania
zjazdu. W szczególności zdaniem ministerstwa wybory delegatów
powinny były się odbyć tylko w zarejestrowanych ogniwach Związku,
a zwłaszcza irytowało je przyznanie pewnej ilości mandatów
organizacjom afiliowanym, takim jak zrzeszające weteranów,
AK-owców, medyków, artystów itp.
Po drugie rozpętano akcję propagandową na szeroką skalę, szkalując
zarówno nowe władze ZPB, jak i polskie placówki dyplomatyczne pod
pretekstem, że te ostatnie ingerowały w sprawy Związku. Przykre
było to, że b. prezes Kruczkowski, jak i kilku jego zwolenników
dało się użyć jako instrumenty tejże antypolskiej kampanii.
Uniemożliwiono przy tym wydawanie organu ZPB „Głos znad Niemna”,
natomiast zaczęto wydawać pod tą samą nazwą gazetę finansowaną
przez władze, specjalizującą się w akcji szkalującej nowe
kierownictwo Związku, polskie placówki dyplomatyczne itp.
Po trzecie postanowiono wszcząć wspomnianą „wojnę dyplomatyczną”.
Preludium do niej stanowiło wystąpienie samego prezydenta
Aleksandra Łukaszenki atakujące działalność Polskiej Ambasady w
Mińsku. Wkrótce potem nastąpiło wydalenie jako persona non grata
najpierw I-go sekretarza Ambasady Polskiej p. Marka Bućko (18 maja
2005 r.), potem konsula p. Andrzeja Buczaka (15 lipca br.),
wreszcie radcę Ambasady Polskiej p. Andrzeja Olborskiego (26 lipca
br.). Podjęte przez stronę polską próby załagodzenia konfliktu
zostały zignorowane.
Władze lokalne też postanowiły „wykazać się” antypolską
działalnością. Odmówiono zorganizowania tradycyjnych (odbywających
się regularnie od 10 lat) czerwcowych „wianków”. Szczególnie
kuriozalne były represje z powodu koncertu, jaki odbył się 3 lipca
w Szczuczynie z okazji białoruskiego święta narodowego. Najpierw
nie wpuszczono uczestników koncertu do Domu Polskiego, (co było
„zasługą” tamtejszego dyrektora Domu Polskiego Wiktora Bogdana,
wiernego zwolennika b. prezesa Kruczkowskiego). Wobec tego koncert
odbył się przed Domem Polskim (m.in. z udziałem konsula polskiego
z Grodna). Na miejsce przybył prokurator w asyście milicji, jednak
przekonano go, że zgromadzenie nie jest nielegalne. Mimo to, nieco
później, za udział w koncercie skazano na 10 - 15 dni aresztu
działaczy ZPB:
Andrzeja
Pisalnika, Mieczysława Jaśkiewicza, Józefa Porzeckiego i Andrzeja
Poczobuta.
Działacze ZPB, jak i grupa zwykłych jego członków podjęła próbę
obrony. Przez dłuższy czas okupowali oni siedzibę ZPB w Grodnie,
gdzie nadal urzędowała nie uznawana przez władze p. Andżelika
Borys. Dopiero 27 lipca br. milicja usunęła wszystkich z budynku,
wprowadzając byłego prezesa Kruczkowskiego z kilkoma członkami
dawnego zarządu. Mimo to pod budynkiem codziennie gromadzili się
ludzie w milczącym proteście. Urządzono też demonstrację w obronie
gazety „Głos znad Niemna”, co miało ten skutek, że sąd w Grodnie w
dniu 5 lipca skazał na kary grzywny 5 osób (z Andrzejem
Pisalnikiem, redaktorem naczelnym tego pisma i dziennikarzami),
które w demonstracji uczestniczyły.
Niemal codziennym udziałem czołowych działaczy Związku z p.
Andżeliką Borys na czele stały się przesłuchania przez organa
prokuratury, milicji, względnie władz administracyjnych.
Szczególnym elementem „natarcia” władz było zebranie (starej) Rady
Naczelnej ZPB zwołane na dzień 27 lipca do Szczuczyna. Zadaniem
rady miało być zwołanie nowego zjazdu ZPB. Zadbano, by Rada
uchwaliła posłusznie wszystko, co jej zlecono. W tym celu
wieczorem 26 lipca milicja zatrzymała trzech „opornych” (Porzeckiego,
Jaśkiewicza, Poczobuta). Sam budynek tamtejszego Domu Polskiego
został otoczony przez milicję, która wpuszczała tylko określone
osoby. W rezultacie obecnych było 13 członków Rady (na 35).
Oczywiście nie stanowiłoby to quorum. Zadbano o nie w osobliwy
sposób. Mianowicie 5 członków Rady wprawdzie na posiedzenie rady
nie przybyło, ale nadesłali pisma, w których z góry zgadzali się
na wszelkie uchwały, jakie Rada podejmie. Nadto 3 członków Rady
skłoniono do rezygnacji ze stanowisk w radzie. Za to w Radzie
wziął udział sam minister, kierownik Komitetu ds. Narodowości i
religii p. St. Bucko. W takiej scenerii podjęto uchwałę o zwołaniu
nowego zjazdu w dniu 27 sierpnia br. w Wołkowysku. Sama uchwała
była nieco dziwna. Mianowicie w ostatnim zdaniu oznajmiono, że
miejsce obrad i godzina rozpoczęcia obrad zostaną podane w prasie.
Rozdział mandatów mógł również budzić zdumienie. Np. dla
stołecznego Mińska przyznano 2 mandaty, a dla małego Szczuczyna aż
5 mandatów. Chodziło zapewne o zapewnienie sobie zdeklarowanych
zwolenników.
Wkrótce przystąpiono do akcji wybierania delegatów (tylko w
zarejestrowanych oddziałach). Np. w Baranowiczach mer miasta
przedstawił miejscowemu zarządowi oddziałowemu ZPB gotową listę
delegatów zaznaczając, że oczekuje wyboru tych właśnie osób. W
Nowogródku członkowie tamtejszego zarządu oddziałowego podjęli
decyzję rozpaczliwą: najpierw odmówili zwołania zebrania oddziału,
a potem w obliczu nacisku władz, postanowili wystąpić ze Związku i
zwrócić legitymacje. Niewiele to pomogło, gdyż władze postanowiły
same zwołać zebranie.
Jednocześnie postanowiono złamać wszelki opór. Honorowy
Przewodniczący Związku (i jego założyciel) Tadeusz Gawin został
aresztowany i skazany na 15 dni aresztu za wydanie odezwy
wzywającej do bojkotu zjazdu zwołanego na 27 sierpnia br. Wraz z
nim aresztowano wiceprezesa ZPB Wiesława Kiewlaka.
Wielce tajemnicze było zabójstwo p. Józefy Waraksy, prezeski
oddziałowej ZPB w Rakowie (jej pogrzeb odbył się 23 czerwca br.).
Milicja twierdziła, że zabójstwo nastąpiło na tle rabunkowym,
wszelako z jej domu nic nie zginęło.
Ze strony polskiej tym razem odzew był bardzo silny. Senat RP w
dniu 28 lipca podjął specjalną uchwałę protestującą przeciwko
represjom wobec mniejszości polskiej na Białorusi. Wcześniej MSZ
wydał w dniu 28 lipca specjalne oświadczenie w przedmiocie uznania
zjazdu ZPB za nielegalny przez władze Białorusi. Specjalne
oświadczenie wydał 13 maja br. marszałek Senatu prof. L. Pastusiak;
dotyczyło ono sytuacji ZPB. Zarząd Krajowy Stowarzyszenia
„Wspólnota Polska” zajął dwukrotnie stanowisko w sprawie ZPB: w
dniu 13 maja i 2 sierpnia br. Wicemarszałek Sejmu Donald Tusk
pojechał specjalnie do Grodna, by dodać otuchy protestującym tam
Polakom. Rada Polonii Świata wydała specjalne oświadczenie w dniu
2 maja br. Aktów solidarności ze strony różnych organizacji było
znacznie więcej. Zorganizowano też zbiórkę pieniężną, by dopomóc
skazanym na kary grzywny dziennikarzom. Telewizja, radio i prasa
zamieszczają stałe doniesienia z Białorusi.
Ogólnie rzecz biorąc sytuacja Polaków na Białorusi jest trudna.
Niemniej jednak odnotować należy postawę wielu działaczy, którzy
wykazali wręcz bohaterską postawę. Trudno jej wymagać od
wszystkich. Wszakże tłumny udział wiernych w Mszach św.
Odprawianych w Grodnie w intencji ZPB jest wysoce znamienny.
Wierzymy, że polskość raz pobudzona nie da się stłumić, chociaż
rodaków naszych na Białorusi czekają jeszcze zapewne trudne
chwile.
Solidarność z nimi jest nakazem chwili!
Prof.
Andrzej
Stelmachowski
7) Białoruska puszka
Pandory Aleksandr
Fieduta
3/8-2005
Aleksander Fieduta - niezależny publicysta i analityk. W 1994 r.
działacz sztabu wyborczego Łukaszenki, później szef departamentu
administracji prezydenta. Z tego stanowiska ustąpił w grudniu 1994
r. w proteście przeciw dyktatorskim metodom rządzenia Łukaszenki
Historia ze Związkiem Polaków na Białorusi wykroczyła poza granice
rozsądku i przyzwoitości. Władze białoruskie otwarcie naciskają na
aktywistów Związku, żeby osiągnąć swoje cele. Pytanie brzmi, jakie
to cele?
Początkowo, jak się wydaje, władze realizowały scenariusz
obliczony na zapewnienie prawomocności wyborów prezydenckich w
2006 r. Należało znaleźć wpływową organizację społeczną, która
wypowie się za tym, by Aleksander Łukaszenko objął władzę na
trzecią już kadencję. I wypowie się ZPB był kandydatem niemal
idealnym. Po pierwsze, pod względem liczebności diaspora polska
jest na Białorusi na drugim miejscu, ustępując tylko etnicznym
Rosjanom. Po drugie, Związek, do którego należy 30 spośród 400
tys. mieszkających na Białorusi Polaków, jest trzecią co do
wielkości organizacją społeczną w kraju. Ustępuje tylko Federacji
Związków Zawodowych i Białoruskiemu Republikańskiemu Związkowi
Młodzieży. Głos ZPB za trzecią kadencją Łukaszenki miałby więc
duże znaczenie. Ale jest coś dużo ważniejszego. Dla ludzi, którzy
wymyślili tę intrygę, ważne było to, że ZPB jest jedyną u nas
organizacją, której głos byłby z pewnością usłyszany w konkretnym
kraju - w Polsce. Z całą pewnością po specjalnym oświadczeniu
Związku Polaków, że wybory 2006 roku były uczciwe i demokratyczne,
w samej Polsce wielu polityków też poparłoby Łukaszenkę. Mówiliby,
że skoro nasi rodacy wspierają swego prezydenta, to dlaczego my
nie mielibyśmy tego zrobić? A ten rzeczywiście bardzo ważny z
punktu widzenia szarego obywatela czynnik nie mógłby nie wpłynąć i
na oficjalną pozycję Polski jako członka Unii Europejskiej i NATO.
To wszystko na pewno brali pod uwagę autorzy scenariusza z
ośrodków analitycznych obsługujących władzę białoruską. Nie
chodziło więc o dyskryminację mniejszości polskiej. Przeciwnie,
Łukaszenko w swoich wystąpieniach stale podkreślał, że Polacy
białoruscy mają te same prawa co Białorusini, Rosjanie i obywatele
wszystkich innych narodowości.
Jednakowoż intryga zbiegła się ze skandalem wewnątrz samego ZPB.
Działalność przewodniczącego Związku Tadeusza Kruczkowskiego
wywołała sprzeciw grupy aktywistów organizacji. I to oni mieli za
sobą większość głosów na marcowym zjeździe Związku. Jego nowa
przewodnicząca Andżelika Borys ogłosiła, że ZPB nie będzie się
zajmować polityką. Trzeba przyznać, że była to deklaracja
lojalności. Kierownik każdej organizacji społecznej działającej w
warunkach reżimu totalitarnego takiego, jak białoruski, wygłosiłby
podobne oświadczenie. Organizacja pozarządowa na Białorusi może
istnieć pod warunkiem, że nie zajmuje się polityką.
Paradoksalnie w tej sytuacji od ZPB oczekiwano czegoś zupełnie
innego! Apolityczność przed wyborami 2006 roku mogła być
zrozumiana tylko jako jaskrawy brak lojalności. Przecież władza
chciała otwartej i jasnej deklaracji politycznej. Niemal
natychmiast zaczęli z tego korzystać przegrani działacze ZPB. Bez
trudu przekonali władze białoruskie, że nowe kierownictwo ZPB jest
prozachodnie i będzie trwać w opozycji. Ministerstwo
Sprawiedliwości stanęło po stronie Kruczkowskiego i ogłosiło, że
zjazd ZPB, na którym wybrano Andżelikę Borys, przeprowadzono
niezgodnie z prawem. Jednocześnie pierwszy sekretarz ambasady RP w
Mińsku Marek Bućko został oskarżony o manipulowanie delegatami na
zjazd, czyli o mieszanie się w wewnętrzne sprawy Białorusi. Między
Warszawą a Mińskiem zaczęła się wojna na wydalanie dyplomatów,
która mogła doprowadzić do tego, że w przedstawicielstwach naszych
krajów pozostaliby tylko dozorcy i referenci. Tak się nie stało,
bo strona polska w odpowiednim momencie wykazała się zdrowym
rozsądkiem.
I mimo wszystko długo istniała możliwość kompromisu. ZPB mógł
powtórzyć swój zjazd zgodnie z życzeniem Ministerstwa
Sprawiedliwości Białorusi i ponownie wybrać tę samą Andżelikę
Borys. Ale władze Białorusi wciąż pokazywały, że ona im nie
odpowiada. Im odpowiadałby Kruczkowski, ale on został pozbawiony
prawa wjazdu do Polski. To jest zresztą zrozumiałe, przecież tak
otwarte poparcie, jakiego udzielał reżimowi autorytarnemu,
zdyskwalifikowało go jako partnera dla państwa demokratycznego,
członka NATO i UE.
Gdyby Mińsk szukał kompromisu, zgodziłyby się na kandydaturę
Borys. Ale tę rozsądną i początkowo apolityczną kobietę wciągnięto
do polityki, oskarżając ją o rzekome finansowe machinacje
poprzedniego kierownictwa ZPB, czyli Kruczkowskiego. Zaczęli ją
przesłuchiwać w związku z podpaleniem auta należącego do
Kruczkowskiego. Zajęcie siedziby ZPB w Grodnie przez
Kruczkowskiego wspieranego przez milicję postawiło kropkę nad i.
Stało się jasne: Mińsk nie chce kompromisu. On chce tylko
zwycięstwa. Dla jego osiągnięcia media kontrolowane przez państwo
rozpoczęły prawdziwą kampanię antypolską. Polskę oskarżono o
mieszanie się w wewnętrzne sprawy Białorusi. Telewizja dowodziła,
że młodzi członkowie Ligi Polskich Rodzin to faszyści. A przecież
przywódca Ligi Roman Giertych przed długi czas był uważany w
Mińsku i Grodnie niemalże za głównego stronnika Tadeusza
Kruczkowskiego w Polsce, zapewniającego mu kontakty w kręgach
politycznych (trzeba jednak dodać, że po wizycie w Grodnie i
rozeznaniu się w sytuacji Giertych zmienił swoje podejście do
sprawy).
Władze białoruskie nie liczyły się z tym, że skutki skandalu będą
tak poważne. Jednak nie mogły się już cofnąć (Łukaszenko każdy
kompromis uważa za osobistą porażkę, a przegrywać nie zwykł). Ale
nie mogła się cofnąć i strona polska. Na temat losu ZPB i diaspory
polskiej wypowiedzieli się praktycznie wszyscy ważni politycy
polscy z Aleksandrem Kwaśniewskim na czele. Konflikt skomplikował
jeszcze skandal z pobiciem dzieci pracowników ambasady rosyjskiej
w Warszawie i napadami na Polaków w Moskwie. Władze rosyjskie
zaczęły popierać Łukaszenkę, strona polska dostrzegła w konflikcie
złowieszczą rękę Moskwy. Podniosły się głosy, że w ten sposób (to
jest walcząc z Andżeliką Borys!) Władimir Putin postanowił dołożyć
Warszawie i zemścić się na Kwaśniewskim za jego udział w
pomarańczowej rewolucji w Kijowie.
Mińsk nie ma się dokąd wycofać. I to nie miałoby już żadnego
sensu. Po tym, co się stało, Warszawa nie uzna żadnego innego
Związku Polaków poza tym, którym kieruje pani Borys. Nieważne, kto
został wybrany na prezesa ZPB na sobotnim zjeździe Związku
zorganizowanym pod egidą Kruczkowskiego. Jego zwyciężczynią
została nieuczestnicząca w nim Andżelika Borys. Polska jest i
pozostanie po jej stronie. Mało tego, jeśli teraz nowe
kierownictwo ZPB będzie występować z poparciem dla starającego się
o kolejną kadencję prezydencką Łukaszenki, Warszawa przyjmie ten
głos z obrzydzeniem - czego można oczekiwać od tych, którzy
wyrzekli się swej niezależności za stołki w Związku?
Są jednak i inne problemy. Co np. stanie się ze sporym majątkiem
ZPB, kto będzie nim dysponować? Czy uda się zarejestrować nową
organizację kierowaną przez panią Borys? Znając sposób myślenia
władzy białoruskiej, mogą powiedzieć, że się nie uda. I jeszcze
jedno - co zrobić Polska i cała Europa po tym, jak Łukaszenko w
przyszłym roku po raz trzeci ogłosi się prezydentem? Odwoła swego
ambasadora na konsultacje? Ale ileż można konsultować? Obniży
rangę swego przedstawicielstwa w Mińsku? A czy to w ogóle ma sens?
Takich pytań można zadać bardzo wiele.
Białoruś przypomina bohaterkę starogreckiego mitu Pandorę. Bogowie
dali jej w wianie puszkę, w której zamknęli wszystkie bolączki
socjalizmu. Łukaszenko otworzył tę puszkę - i choroby wyrwały się
na zewnątrz. "Problem narodowościowy" polegający na tym, że
państwo chce kontrolować wszystko to, co dotyczy mniejszości
narodowych, jest jedną z takich chorób. Wyleczyć ją bez pomocy z
zewnątrz raczej się nie uda. Trzeba spróbować zaradzić
dolegliwości, nie szkodząc ludziom. Trzeba myśleć nie o tym, jaki
Związek Polaków z jakim prezydentem zadowoli demokratyczną Polskę.
Trzeba pomyśleć szerzej - o położeniu Białorusi i reżimu
białoruskiego w Europie. Jeśli oczywiście będziemy rozumieć Europę
tak, jak należy - jako cywilizację od Kamczatki na wschodzie do
Alaski na zachodzie. Nieprzypadkowo oficjalny Mińsk tak otwarcie
cieszył się, kiedy w Warszawie pobito dzieci rosyjskie. Uznał
bowiem, że teraz na Kremlu nie będą się już przysłuchiwać zdaniu
Polski w kwestii białoruskiej. A bez interwencji Kremla Łukaszenko
jeszcze długo będzie rządzić niewielkim krajem europejskim na
wschód od Bugu.
8) Oświadczenie Związku Dziennikarzy Polskich na Wschodzie
18/4-2005
Związek Dziennikarzy Polskich na Wschodzie wyraża poważne
zaniepokojenie sytuacją zaistniałą w mediach polskojęzycznych na
Białorusi po odbytym w dniach 12-13 marca 2005 roku VI Zjeździe
Związku Polaków na Białorusi.
Przeprowadzane przez nowy Zarząd ZPB zwolnienia z pracy
dziennikarzy takich pism jak „Głos znad Niemna” czy „Magazyn
Polski” nieuzasadnione merytorycznie, a mające w naszej ocenie
charakter rozgrywek personalnych, źle służą prasie polskiej na tym
terenie, a tym samym całej społeczności polskiej na Białorusi.
Miarą wartości dziennikarza jest poczytność gazety, którą tworzy,
a nie przynależność do tej, czy innej koterii, czy pokrewieństwo z
którymś z decydentów.
Wartość mediów, zaufanie do nich odbiorcy, zawsze opierać się
będzie na ich wolności. Dlatego też po raz kolejny aktualny staje
się temat uregulowania zależności mediów polonijnych od
organizacji społecznych oraz czynników krajowych i stworzenia
mechanizmów zabezpieczających ich funkcjonowanie przed wstrząsami
i zawirowaniami, których mają być obserwatorami i komentatorami, a
nie podmiotem w nie swojej grze.
Związek Dziennikarzy Polskich na Wschodzie uważa, że jak
najszybciej należy rozpocząć wspólnie z zainteresowanymi urzędami
w Polsce oraz organizacjami pozarządowymi prace nad sformułowaniem
i ustanowieniem „Karty Praw i Powinności Dziennikarza
Polonijnego”, która obowiązywać będzie wszystkie zainteresowane
strony.
Integralna część Statutu naszego Związku, jaką są „Zasady
pracy i podstawy etyki prasy polskiej na Wschodzie” określa
jedynie normy, którymi dziennikarze polonijni winni się kierować w
swej pracy. Proponowany przez nas dokument miałby za zadanie
zabezpieczenie im możliwości wykonywania swego posłannictwa.
Zagwarantuje to także prawidłowe i pełne wykorzystanie inwestycji
czynionych przez Państwo Polskie w tym zakresie.
Związek Dziennikarzy Polskich na Wschodzie gotów jest w
najbliższym czasie przedstawić swoją propozycję takich uregulowań
i sposobów praktycznego ich egzekwowania.
Michał Bieniasz
- prezes Związku Dziennikarzy Polskich na Wschodzie
9) Oświadczenie Zrzeszenia
Organizacji Polonijnych w Szwecji
17/5-2005
w sprawie konfliktu i unieważnienia zjazdu Związku Polaków na
Białorusi
Zarząd Zrzeszenia Organizacji Polonijnych w Szwecji z żalem i
niepokojem przyjął wiadomość o konflikcie w Związku Polaków na
Białorusi. Konflikt ten dał pretekst do interwencji władz
państwowych Białorusi, które unieważniły Zjazd, a w następstwie
tego do dalszych interwencji w wewnętrzne sprawy Związku. Jako
przedstawiciele niezależnej organizacji polonijnej w Szwecji
uważamy, że najwyższą władzą dla każdej demokratycznej organizacji
jest jej Zjazd lub Kongres i tylko on ma prawo do decydowania o
losach organizacji, jej kierunkach działania, a także do
podejmowania wszelkich decyzji w sprawach wyboru władz
organizacji.
Z interwencji władz rządowych Białorusi i Polski oraz wagi, jakie
do tego konfliktu przywiązują wynika, że polska mniejszość
narodowa na Białorusi odgrywa ważną rolę w życiu tych państw i w
kontaktach między nimi. Dlatego też, jedność organizacji i
przestrzeganie demokratycznych praw, powinno być nadrzędnym celem
dla wszystkich.
Protestujemy przeciw wtrącaniu się władz Białoruskich w wewnętrzne
sprawy niezależnej, społecznej organizacji, jaką jest Związek
Polaków na Białorusi oraz przeciw szykanowaniu i więzieniu
działaczy Związku.
Zarząd Zrzeszenia Organizacji Polonijnych w Szwecji wyraża głęboką
nadzieję, że Związek Polaków na Białorusi będzie mógł kontynuować
swoją pożyteczną i ważną dla wszystkich działalność w sposób
niezawisły i zgodny ze statutem organizacji.
Maria Olsson
- Prezes Zrzeszenia Organizacji Polonijnych w Szwecji.
10) Odezwa Związku Polaków na Litwie w sprawie
Białorusi
26/5-2005
Na stronach Związku Polaków na Litwie "Nasza Gazeta"
w "Tygodniku Wileńszczyzny" z 9-15 czerwca ukazała się "Odezwa
Zarządu Głównego Związku Polaków na Litwie w sprawie sytuacji
zaistniałej w Związku Polaków na Białorusi". Jest ona adresowana
do ZPB i Prezydenta A. Łukaszenki.
"Zarząd Główny Związku Polaków na Litwie z rosnącym niepokojem
odbiera napływające wiadomości o pogłębiającym się kryzysie wokół
Związku Polaków na Białorusi, który w konsekwencji może zagrozić
istnieniu tej reprezentacyjnej organizacji społecznej Polaków w
Republice Białoruś.
Nie możemy pozostawać obojętni wobec docierających do nas
wiadomości ze środowisk polskich na terenie Białorusi. Jesteśmy
powiązani ze sobą wieloma więzami: sąsiedzkimi, rodzinnymi,
wspólnymi tradycjami i praktycznie codziennymi wzajemnymi
kontaktami. Zarówno Związkowi Polaków na Litwie, jak i na
Białorusi przyświecają te same cele: integracja rodaków w
państwach zamieszkania, krzewienie kultury, dbanie o język
ojczysty, własne tradycje itd. Łączy nas wspólna historia, na
przeciągu wieków spotykał nas taki sam, czasem jakże okrutny, los.
Szczerze więc zaniepokojeni powstałą sytuacją w organizacji
Rodaków zza miedzy, nawołujemy wszystkie osoby związane z ZPB i
mogące wpłynąć na dalszy jej rozwój o zaniechanie konfrontacji i
jakichkolwiek działań, mogących pogorszyć sytuację.
Kochani Rodacy!
Nie dajcie się podzielić, wznieście się ponad urazy i animozje dla
dobra licznych członków waszej organizacji i całej społeczności
polskiej na Białorusi. Będąc świadomi, że to właśnie na ZPB w
decydującej mierze spoczywa odpowiedzialność za pielęgnowanie
polskości na Ziemi Waszych Ojców, odrzućcie własne ambicje i nie
pozwólcie, by ktokolwiek manipulował Związkiem, czy usiłował
wykorzystać liderów i struktury ZPB w celach
polityczno-koniunkturalnych.
Zachowując respektowanie prawa swego kraju, uszanujcie wolę wielu
tysięcy swych członków i nie dopuśćcie do rozbicia swej
organizacji. Dziś potrzebne są kompromisy, a prawdy nigdy nie da
się ukryć. Wcześniej czy później jej stanie się zadość.
Związek Polaków na Litwie przed pięcioma laty przeżywał podobną
sytuację, która była wywołana zakrojoną na szeroką skalę
prowokacją i miała doprowadzić jak nie do likwidacji, to
przynajmniej do rozbicia naszej organizacji. Jednakże wyszliśmy z
niej cało, a nawet bardziej zorganizowani i silniejsi, wzbogaceni
o doświadczenie wewnętrznej zdrady. Pokładamy więc głęboką
nadzieję i wierzymy, że Wam również to się uda.
Ekscelencjo! Panie Prezydencie Republiki Białoruś!
Zwracamy się do Pana z uprzejmą prośbą, by Pan, swoim autorytetem
Prezydenta, powstrzymał kompetentne organy władzy od podjęcia
drastycznych kroków w stosunku do reprezentacyjnej organizacji
społecznej Polaków na Białorusi.
ZPB jest znaczącą i liczącą się organizacją w wielomilionowym
ruchu polonijnym na świecie. Ma na swym koncie pokaźny dorobek w
służeniu społeczności polskiej na Białorusi, obywatelom Pana
Państwa. Delegalizacja ZPB byłaby ogromną stratą, przede wszystkim
dla Białorusi.
Panie Prezydencie! W Pańskiej mocy jest także powstrzymać
przedstawicieli władz terenowych i organów praworządności od
nieuzasadnionego wtrącania się w wewnętrzne sprawy organizacji
społecznej, nakłaniania liderów i aktywistów terenowych struktur
ZPB do zajęcia takiej czy innej pozycji. Według informacji
napływających do nas, mają miejsce wypadki, gdy po takich
rozmowach ludzie wracają zastraszeni, trafiają nawet do szpitali.
Pozwolimy sobie zauważyć, że podobne praktyki są niedopuszczalne,
chodzi przecież o dobrowolną działalność społeczną, która jest nie
do pomyślenia bez osobistego przekonania, bez własnego zdania.
Wierzymy, że ZPB przezwycięży kryzys, zachowa respektowanie prawa
i nadal będzie owocnie działał dla dobra Białorusi i jej
obywateli. Pozwólmy mu na to, Panie Prezydencie, dajmy szansę
białoruskim Polakom rozstrzygnąć problemy wewnątrz ZPB
samodzielnie.
Dzisiaj, w trudnej dla Związku Polaków na Białorusi chwili Związek
Polaków na Litwie pragnie przesłać wszystkim Rodakom na Białorusi
wyrazy naszej szczerej sympatii, szacunku i braterskiej
solidarności. Serdecznie też pozdrawiamy sąsiedni Naród Białoruski
i wszystkich mieszkańców tego wspaniałego Kraju."