Drogie Koleżanki i Drodzy Koledzy,
W liście zamieszczamy materiały, nadpływające do nas do dnia 11
sierpnia i niektóre wcześniejsze, które nadeszły z opóźnieniem.
Zdecydowaliśmy się na dość duży wybór tekstów, gdyż wiemy, że nie
wszyscy korzystają z źródeł internetowych lub mają szeroki dostęp
do mediów.
Łączę
serdeczne pozdrowienia.
Sierpień - 2005 r.
Tadeusz Adam Pilat
Wiceprezydent
EUWP
1) Piąta kolumna Łukaszenki
Artykuł Paweła Szaniawskiego z 14/6 .
MSZ tolerowało Kruczkowskiego. Próby podporządkowanie władzom
białoruskim Domów Polskich.
2) Uchwała Senatu Rzeczpospolitej Polskiej
z 28/7 dotycząca sytuacji mniejszości polskiej na Białorusi,
krytyczna wobec władz białoruskich.
3) Odezwa Tadeusza Gawina do członków i
sympatyków ZPB
Rozdawany 1/8 tekst protestu
pierwszego prezesa ZPB Tadeusza Gawina, przeciw siłowym
rozwiązaniom władz białoruskich, nawoływanie do walki z przemocą i
bezprawiem.
4) Litwini solidarni z Polakami na Białorusi
Protest w Wilnie 5/8. Polscy dziennikarze domagają się uwolnienia
Andrzeja Pisalnika
5) „Solidarność mniejszości”
Wywiad Marcina Wojciechowskiego z
5/8 z Mirosławem
Czechem, sekretarzem gen. Partii Demokratycznej i działaczem
mniejszości ukraińskiej w Polsce.
6) „Polacy nie rozumieją Białorusinów” Wywiad
Marcina Wojciechowskiego z 5/8,
z Jerzym Chmielewskim, działaczem mniejszości
białoruskiej w Polsce, szefem Stow. Dziennikarzy Białoruskich w
Białymstoku, redaktorem miesięcznika mniejszości białoruskiej „Czasopis”.
7) „Bezkarność Łukaszenki” Wypowiedź w tygodniku "Wprost"
z 7/8 Stanisława Szuszkiewicza, byłego prezydenta Białorusi,
obecnie lidera opozycji.
8) „Rubikon”
Wypowiedź w tygodniku "Wprost" z 7/8 Vincuka Viacorka,
Przewodniczącego Białoruskiego Frontu Narodowego, jednego z
liderów demokratycznej opozycji na Białorusi.
9) „Okrągły stół” i odezwa w Grodnie Informacja PAP z
11/8 dotycząca „okrągłego stołu" w Grodnie i powstawaniu „odezwy”
Polaków na Białorusi do władz polskich.
10) Pisalnik wyszedł z aresztu
Informacja PAP z 11/8 dotycząca redaktora naczelnego tygodnika
"Głos znad Niemna" Andrzeja Pisalnika, o więzieniu i
prześladowaniu innych działaczy.
11) Odezwa do władz Polski Informacja PAP z 11/8 dotycząca
wydania przez Polaków z Grodzieńszczyzny krytycznej odezwy do
polskich władz.
12) „Atak na Polaków początkiem wyborczej kampanii Łukaszenki”
Informacja PAP z 11/8 o krytycznym wobec Łukaszenki artykule w
litewskim tygodniku "Veidas".
13) Korwin-Mikke i Tejkowski w białoruskiej telewizji
Oskarżenia białoruskiej telewizji publicznej wobec Polski.
* * *
1) Piąta kolumna Łukaszenki
Paweł Szaniawski
(14/6-2005)
MSZ od lat tolerowało uległego wobec
lokalnych władz szefa Związku Polaków na Białorusi Tadeusza
Kruczkowskiego mimo sygnałów, że działał na szkodę organizacji,
którą kierował. Dotarliśmy do wewnętrznych dokumentów
białoruskiego Komitetu ds. Religii i Narodowości. Wynika z nich,
że w ubiegłym roku Kruczkowski i ówczesny prezes Rady Naczelnej
ZPB Konstanty Tarasiewicz za plecami polskiej ambasady, a nawet
pozostałych członków Zarządu związku, zabiegali w administracji
prezydenta Białorusi o podporządkowanie miejscowym władzom Domów
Polskich w tym kraju. Na ich budowę lub zakup oraz remonty prawie
11 mln zł z polskiego budżetu przekazało finansowane przez Senat
RP stowarzyszenie Wspólnota Polska.
Prezes z magnetofonem
Przyparty do muru Kruczkowski stwierdził, że jego intencje zostały
źle odczytane, a chodziło mu wyłącznie o uzyskanie dodatkowych
pieniędzy na działalność Domów. – Już od pewnego czasu patrzyliśmy
na panów Kruczkowskiego i Tarasiewicza podejrzliwie. Ostatnie ich
działania potwierdzają, że naprawdę chcieli podporządkować Domy
Polskie sieci białoruskich domów kultury – mówi prof.
Andrzej
Stelmachowski, prezes Wspólnoty Polskiej.
Zaniepokojenie narastało w miarę jak
prezes ZPB mimo upływu kadencji, wbrew statutowi nie zamierzał
zwoływać zjazdu i wysyłał petycje do białoruskich władz o
arbitralne uznanie, że nadal może pełnić swoje obowiązki. Jednak
nawet wtedy niektórzy polscy urzędnicy wspierali nieusuwalnego
prezesa. Przykładem jest obecny konsul generalny RP w Grodnie
Andrzej Krętowski, którego z Kruczkowskim łączyła powszechnie
znana zażyłość. Wydawał bezpłatne wizy licznym protegowanym
Kruczkowskiego, na ogół nie- mającym nic wspólnego ze związkiem i
odmawiał tego działaczom zgłaszanym przez opozycyjnych wobec
prezesa członków władz ZPB. W tej sprawie Józef Porzecki,
wiceprezes związku, skierował nawet do konsula oficjalny protest w
grudniu ubiegłego roku. Czujności konsula nie wzbudził nawet fakt,
że – jak dowiedzieliśmy się od informatora z Grodna – na jedną z
rozmów z konsulem Kruczkowski usiłował wejść z ukrytym
magnetofonem, na czym został przyłapany przez pracowników ochrony
konsulatu. – To był redakcyjny magnetofon. Nagrywałem wcześniej
audycję dla „Głosu znad Niemna” i zapomniałem go wyłączyć –
tłumaczy teraz Kruczkowski. Na marcowym VI Zjeździe ZPB
Kruczkowski został odsunięty i na prezesa związku delegaci wybrali
Andżelikę Borys. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że Krętowski
nie tylko nie zaprzestał spotkań z Kruczkowskim, ale też
całkowicie ignorował korespondencję ze strony Borys, w której
zwracała się do niego o pomoc. – Od zjazdu jedyną osobą, z jaką
kontaktuję się jako z przedstawicielem ZPB, jest Andżelika Borys –
zapewnił Krętowski. Potem odmówił dalszej rozmowy, tłumacząc, że
połączenia telefoniczne, a nawet poczta elektroniczna są
inwigilowane przez służby specjalne.
Kruczkowski na ekranie
Konsul uznał nowe władze ZPB z dużym opóźnieniem w stosunku nie
tylko do własnych przełożonych w MSZ, ale także do polskich władz,
do których w końcu, po z górą czterech latach, zaczął docierać
realny obraz sytuacji. Kropkę nad i postawił wyemitowany 13 maja
przez reżimową Białoruską Telewizję Państwową film szkalujący
pracowników Ambasady RP w Mińsku, w którym Kruczkowski i kilku
jego współpracowników występują w roli demaskatorów „wywrotowej”
roli polskiej placówki. Dopiero wtedy nasze MSZ zapowiedziało, że
osoby łamiące prawa Polaków na Białorusi „muszą liczyć się z
konsekwencjami”. ŻW jako pierwsze ujawniło, że owymi
konsekwencjami ma być wprowadzenie zakazu wjazdu do Polski dla
osób działających na szkodę mniejszości polskiej. Według naszych
informacji są wśród nich m.in. byli „działacze” ZPB, redaktor
naczelny „Głosu znad Niemna” Andrzej Dubikowski, funkcjonariusze
KGB i minister sprawiedliwości Białorusi Wiktor Gołowanow, który
grozi delegalizacją polskiej organizacji i domaga się przywrócenia
Kruczkowskiego. Mamy już oficjalne potwierdzenie, że sankcje
weszły w życie. – Lista owych kilkunastu osób zaczęła już
obowiązywać. Osoby na niej umieszczone przez trzy lata ze względu
na bezpieczeństwo państwa nie mogą przekraczać polskiej granicy –
potwierdza w rozmowie z ŻW Jan Węgrzyn, dyrektor generalny Urzędu
ds. Repatriacji i Cudzoziemców.
Błędna polityka lewicy
Jednak dziś na twarde stanowisko jest już za późno. Związek
Polaków jest osłabiony i walczy tylko o przetrwanie. Honorowy
prezes ZPB Tadeusz Gawin, który kierował związkiem przez 10 lat,
już w 2003 roku ostrzegał w liście otwartym do członków ZPB, że
„gwałtownie spada autorytet związku, na który tak ciężko wszyscy
pracowaliśmy”. Alarmował, że Kruczkowski łamie statut i
kompromituje organizację. Polskie władze nie reagowały. – Po
wygranych przez lewicę wyborach w 2001 roku wprowadzono w życie
koncepcję, żeby izolować ZPB od życia publicznego. Nazwałbym to
koncepcją „polskiego getta”. Prowadziła ona do stopniowej
marginalizacji związku. To, co się teraz dzieje, jest wynikiem
owej polityki. Dzięki niej władze Białorusi osłabiły związek i
przygotowały grunt pod frontalny atak – uważa były ambasador RP na
Białorusi Mariusz Maszkiewicz. W zamian za „apolityczność” ZPB
polska mniejszość nie uzyskała w ciągu ponad czterech lat
absolutnie nic. Władze białoruskie nie pozwoliły otworzyć ani
jednej nowej polskiej szkoły, nie sfinansowały żadnej polonijnej
imprezy, spadła liczba uczniów klas polskich oraz nakład gazety
„Głos znad Niemna”, odeszło wielu aktywnych młodych działaczy.
Kiedy KGB wzywało Polaków na nocne
przesłuchania, minister z SLD Jacek Piechota paradował na
zorganizowanym przez ambasadę Białorusi w Warszawie propagandowym
show gospodarczym demonstrując „konstruktywną współpracę”.
Milczenie MSZ
Zadaliśmy w sprawie Białorusi wiele pytań rzecznikowi resortu
spraw zagranicznych. Mimo ponagleń Aleksander Chećko zwlekał kilka
dni, by w końcu odmówić odpowiedzi. Niestety, podobną strategię
chowania głowy w piasek MSZ stosowało od lat na Białorusi.
2) Uchwała Senatu Rzeczpospolitej Polskiej z
dnia 28 lipca 2005 r. dotycząca sytuacji mniejszości polskiej na
Białorusi
Senat Rzeczypospolitej Polskiej wyraża stanowczy protest wobec
rozszerzania się i pogłębiania antypolskiej polityki władz
Republiki Białorusi i łamania praw mniejszości polskiej w tym
kraju. W ostatnim czasie władze Białorusi, naruszając prawa
człowieka, zwiększyły zakres i stopień represji wobec wielu
Polaków tam mieszkających, szczególnie wobec członków i działaczy
Związku Polaków na Białorusi. Senat Rzeczypospolitej Polskiej
wyraża swój sprzeciw wobec łamania praw człowieka i stosowanych
przez władze Republiki Białoruś szykan i represji w stosunku do
mniejszości polskiej skupionej w Związku Polaków na Białorusi i
jego władz wyłonionych w demokratycznych wyborach w marcu br.
Senat RP zwraca się do Prezydenta RP i Rządu RP o podjęcie
skutecznych działań w celu zapewnienia przestrzegania praw
polskiej mniejszości na Białorusi. Uchwała podlega ogłoszeniu w
Dzienniku Urzędowym "Monitor Polski".
Wicemarszałek Senatu Ryszard Jarzembowski
3) Odezwa Tadeusza Gawina do członków i
sympatyków ZPB
1 sierpnia 2005 r. w Grodnie podczas
demonstracji przed siedzibą Związku Polaków na Białorusi,
protestujący przeciwko siłowemu przejęciu budynku przez uznawanego
przez Mińsk prezesa T. Kruczkowskiego otrzymali "Odezwę",
podpisaną przez pierwszego prezesa ZPB Tadeusza Gawina.
Gawin wezwał członków ZPB i wszystkich sympatyków organizacji, aby
nie dopuścili do przeprowadzenia planowanego na 27 sierpnia
ponownego VI zjazdu ZPB, jak ustaliła w Szczuczynie tzw. "stara"
Rada Naczelna ZPB, wykonująca zalecenie Ministerstwa
Sprawiedliwości Białorusi.
Do członków Związku Polaków na Białorusi, do wszystkich sympatyków
organizacji
!
W nocy z 27 na 28 lipca 2005 r. na "bagnetach" OMON-u dokonano
przewrotu w Związku Polaków na Białorusi. Celem siłowej akcji
milicji oraz służb specjalnych było obalenie legalnie wybranej w
wolnych i demokratycznych wyborach prezes ZPB Andżeliki Borys. Na
czele przewrotu stał zbankrutowany społecznie były prezes Związku
Tadeusz Kruczkowski. Wszystkich obecnych późnym wieczorem w
siedzibie ZPB wraz z Andżeliką Borys - razem ponad 20 osób - za
pomocą brutalnej siły wypędzono z siedziby, aresztowano i osadzono
w posterunkach milicji. Nasi Rodacy byli przetrzymywani tam do
godziny 2 w nocy. Wśród zatrzymanych znaleźli się także polscy i
białoruscy dziennikarze. Obecnie siedziby chroni milicja i na
podstawie ułożonej przez Kruczkowskiego listy wpuszcza do budynku
tylko nielicznych zaufanych byłego prezesa. Czegoś takiego w
historii naszego Związku jeszcze nie było. Dokonanie nocnego
przewrotu w naszej organizacji stało się możliwe, gdyż w całej
Białorusi znalazło się trzynastu Polaków, którzy zgodzili się
współpracować z reżimem. Wbrew Statutowi ZPB przyjechali oni do
Szczuczyna i pod ochroną milicyjną, a także - pod pilnym nadzorem
przewodniczącego Państwowego Komitetu ds. Religii i Mniejszości
Narodowych Stanisława Buki oraz jego podwładnego z Grodna Igora
Popowa, rozpisali na życzenie władz białoruskich powtórny VI zjazd
ZPB w Wołkowysku. Tego samego dnia - kiedy trzynastka Polaków z
byłej Rady Naczelnej obradowała pod pałkami milicji w Szczuczynie
- w Lidzie sądzono naszych kolegów związkowych: wiceprezesa ZPB
Józefa Porzeckiego, redaktora naczelnego "Magazynu Polskiego"
Andrzeja Poczobuta i prezesa miejskiego oddziału ZPB w Grodnie
Mieczysława Jaśkiewicza. Zostali oni skazani na 10, a nawet
15-dniowe kary aresztu za śpiewanie polskich pieśni w Szczuczynie
w oficjalnym Dniu Niepodległości Białorusi. W celu uniemożliwienia
dotarcia do Szczuczyna niezgodnych z planem przejęcia przez władze
naszej organizacji członków Rady Naczelnej oraz innych działaczy -
w przededniu "targowickiej" rady - wielu z nas zostało wezwanych
na przesłuchania do milicji i prokuratury. Jeszcze innych
przechwytywano na wjeździe do Szczuczyna i zawracano z powrotem.
Dom Polski w Szczuczynie otoczony był przez milicję i służby
specjalne, służąc w tym dniu tylko tym, kto przyjechał wykonać
zlecenie polityczne władz dotyczące odsunięcia od kierowania ZPB
Andżeliki Borys i jej zwolenników. Ci, którzy podejmowali decyzję
o zwołaniu powtórnego zjazdu, wiedzieli, że czynią to bezprawnie.
Brak honoru, uczciwości oraz oddania sprawie polskiej na Białorusi
postawił ich w jednym szeregu z naszymi niszczycielami. Nikt z
szeregowych członków tej "rady" nie chciał po jej obradach wyjść
do protestujących przeciwko bezprawiu Polaków oraz dziennikarzy.
Nieprzychylne nam tradycyjnie władze oraz milicja byli w tym dniu
im bliższe.
Dlaczego władzom zależy na tym, by stanowisko prezesa ZPB było
obsadzone przez ich człowieka? Przede wszystkim dlatego, aby
storpedować nasze odrodzenie narodowe, aby nie dopuścić do
powstawania kolejnych szkół polskich, a do już istniejących
zniechęcać dzieci i rodziców, co w konsekwencji doprowadziłoby do
ich zamknięcia. Władze chcą kontrolować ZPB, aby nasza gazeta
związkowa nie była atrakcyjna i ciekawa. Chcą, aby była szara,
zamknięta w sobie i nie budziła zainteresowania szerokich kręgów
czytelników. Celem władz jest doprowadzenie do tego, aby Związek
nie odgrywał żadnej roli w państwie białoruskim i nie przeszkadzał
władzom w odizolowaniu nas - Polaków od życia politycznego
państwa, w którym przecież mieszkamy. Reżimowi, panującemu obecnie
na Białorusi, zależy na tym, aby mieć kogoś w naszych szeregach,
kto zawsze stanie po jego stronie. Powyższe zadania może spełnić
tylko człowiek władz, skierowany przez nie do "odradzania
polskości". Takim człowiekiem od roku 2000 i do chwili obecnej
jest Tadeusz Kruczkowski. Mianowicie z tego powodu władza nie może
się pogodzić z przegraną Kruczkowskiego w wyborach na ostatnim
zjeździe. Tym bardziej, iż na jego zwycięstwo pracował cały aparat
władzy państwowej, zmuszając delegatów do "poprawnego" głosowania.
Miał wygrać, a jednak - przegrał. Przegrał dlatego, że głosowanie
było tajne, a głosy na zjeździe były liczone uczciwie. Teraz
Kruczkowski zapowiada, że nie będzie startował na prezesa w
kolejnych wyborach. To prawda. Władzom nie zależy bowiem już na
zbankrutowanym społecznie i skompromitowanym Kruczkowskim. Na jego
miejsce chcą nam władze wyznaczyć kolejnego "Kruczkowskiego", choć
według paszportu osoba ta będzie się nazywała inaczej.
Drodzy i szanowni Rodacy,
Zwracam się do Was wszystkich. Do tych z kim zakładaliśmy i
budowaliśmy nasze Polskie Kulturalno-Oświatowe Stowarzyszenie im.
Adama Mickiewicza. Do tych, z którymi później założyliśmy oraz
rozwijaliśmy Związek Polaków na Białorusi. Do tych, z kim
wywalczyliśmy o budowę i otwarcie szkół polskich w Grodnie i
Wołkowysku. Do tych, z którymi wprowadziliśmy nauczanie języka
polskiego do ponad 300 szkół na całej Białorusi. Do tych, z kim
wydawaliśmy nasze polskie słowo drukowane i zakładali polskie
zespoły artystyczne. Do tych, z którymi wywalczyliśmy prawo i
możliwość wyjazdu naszej młodzieży na studia, a dzieci - na
kolonie do Polski. Do tych, z kim wybudowaliśmy lub
zaadaptowaliśmy na Białorusi 16 Domów Polskich. Do tych, z kim
byliśmy razem na dziesiątkach manifestacji, pikiet i innych
organizowanych przez nas protestach w obronie naszych praw.
Zwracam się do Was, Rodacy, z apelem, abyśmy nie dopuścili
zwycięstwa zła i kłamstwa. Proszę Was o wywieranie nacisków na
prezesów swoich oddziałów związkowych, by nie posunęli się oni do
wyboru delegatów na ustawiony przez władze zjazd. Proszę, abyście
pamiętali, iż człowiek zawsze ma wybór między dobrem a złem.
Wszyscy musimy uświadomić sobie, że teraz, gdy patrzą na nas
ludzie na całym świecie - jest pisana historia naszej organizacji.
Nie dajcie się więc wciągnąć w cudze, obce zarówno nam - Polakom,
jak i mieszkającym obok nas Białorusinom, interesy narodowe.
Jeżeli nawet dzisiaj będziemy musieli narazić się na przykrości i
cierpienia - to Pan Bóg to i tak każdemu wynagrodzi. Prawda
bowiem, wcześniej czy później, ale zawsze zwycięży. I prawda
właśnie nas wyzwoli. Pamiętajmy zawsze pouczenie naszego wielkiego
Rodaka Jana Pawła II. Powiedział on proste, ale jakże ważne dla
ludzkiej godności słowa: "Nie lękajcie się". Pamiętajmy zatem o
własnej godności!
Kochani Rodacy,
Wstańmy wszyscy razem w obronie legalnie wybranych władz naszego
Związku. Zróbmy co tylko możliwe, aby wyznaczony pod pałkami
milicyjnymi pseudo-zjazd się nie odbył. Solidaryzujmy się z
prawdziwą Polką Andżeliką Borys, która jest prezesem naszego
Związku. Jest ona bowiem osobą uczciwą, pracowitą, doświadczoną i
zasłużoną dla odrodzenia polskości na Białorusi.
Nie wierzcie kłamstwom pod adresem Andżeliki Borys i legalnie
wybranych władz związku, które są rozpowszechniane w białoruskim
państwowym radiu, telewizji i prasie. Jeżeli chcecie poznać prawdę
- oglądajcie polską telewizję i słuchajcie polskiego radia oraz
radia "Swaboda" nadającego z Pragi. Czytajcie niezależną prasę
białoruską. Pamiętajcie - obecnie "Głos znad Niemna" znalazł się w
rękach białoruskich władz, służb specjalnych oraz Kruczkowskiego.
Z wyrazami szacunku,
Tadeusz Gawin - Pierwszy prezes Związku Polaków na
Białorusi
4) Litwini solidarni z Polakami na
Białorusi (CEST 5/8-
2005)
Dziennikarze polskiego dziennika na Litwie "Kurier Wileński"
zorganizowali pod gmachem ambasady Białorusi w Wilnie akcję
solidarności ze skazanymi na Białorusi Polakami. Żądano m.in.
natychmiastowego uwolnienia Andrzeja Pisalnika.
"Nie możemy już obojętnie obserwować działań władz białoruskich
wobec naszych rodaków i szykanowania dziennikarzy „Głosu Znad
Niemna”. Przyszliśmy, żeby wyrazić swą solidarność z Polakami na
Białorusi" - powiedział redaktor naczelny "Kuriera Wileńskiego"
Aleksander Borowik.
Grupa protestujących dziennikarzy trzymała flagi Polski, Litwy i
Unii Europejskiej, portrety skazanego w czwartek na 10 dni aresztu
nieformalnego rzecznika ZPB i dziennikarza "Głosu Znad Niemna"
Andrzeja Pisalnika, a także transparent z hasłem "Wolność prasie
na Białorusi".
Do protestujących wyszła pracowniczka ambasady, której przekazano
apel o natychmiastowe uwolnienie Pisalnika i wszystkich skazanych
działaczy ZPB.
W apelu, pod którym podpisali się nie tylko przedstawiciele
"Kuriera Wileńskiego", ale i innych mediów polskich na Litwie:
"Tygodnika Wileńszczyzny", miesięcznika "Magazyn Wileński",
kwartalnika "Znad Wilii", programu telewizyjnego "Album Wileńskie"
i radia "Znad Wilii", wyrażono "solidarność z postawą, jaką w
obronie wolności słowa prezentują redaktor naczelny i zespół
„Głosu Znad Niemna”, a także z ZPB kierowanym przez Andżelikę
Borys". Akcja solidarności polskich dziennikarzy na Litwie z
kolegami na Białorusi wzbudziła duże zainteresowanie mediów
litewskich. Była to pierwsza taka próba zwrócenia powszechnej
uwagi na Litwie na sytuację, jaka zapanowała na Białorusi. Władze
Litwy dotychczas nie zajęły w tej kwestii
5) „Solidarność mniejszości”
Marcin Wojciechowski
5/8-2005
W sporze Warszawy z Mińskiem wokół Związku Polaków na Białorusi są
dwie pokusy, którym należy się bezwzględnie oprzeć. Jedna to
zerwanie przez Polskę stosunków z Białorusią. Druga to uczynienie
z mniejszości białoruskiej w Polsce zakładnika tego konfliktu –
mówi Mirosław Czech sekretarz generalny Partii
Demokratycznej i wieloletni działacz mniejszości ukraińskiej w
Polsce
Marcin Wojciechowski: Stosunki polsko-białoruskie są złe jak
nigdy dotąd. Być może tylko krok dzieli nas od ich zerwania.
Politycy prawicy nawołują do posunięć radykalnych. Co może zmienić
tę sytuację?
Mirosław Czech: By odpowiedzieć na to pytanie, musimy
cofnąć się do początku lat 90., kiedy to kształtowała się polityka
suwerennej Polski wobec mniejszości narodowych. Mniejszości w
Polsce stanowią zaledwie 1,5-2 proc. obywateli, co jest jednym z
najniższych wskaźników w Europie. Ale kwestia narodowościowa
istnieje, choćby dlatego, że problem mniejszości dotyczy
wszystkich sąsiadów Polski, także tych - a nawet głównie tych -
którzy swoją państwowość odzyskali po rozpadzie ZSRR. Całkiem
pokaźna mniejszość polska mieszka na Litwie, w Rosji, na Białorusi
i Ukrainie. Podobnie jest z ludźmi tych narodowości będącymi
obywatelami Polski. Nic dziwnego, że przy kształtowaniu stosunków
z niepodległymi państwami byłego ZSRR sprawy mniejszościowe
wysuwały się często na pierwszy plan. Na szczęście oprócz MSZ
kwestią tą zajmowała się bardzo szczegółowo sejmowa komisja
mniejszości narodowych, długo kierowana przez Jacka Kuronia, oraz
specjalny departament w Ministerstwie Kultury, na którego czele
stała Bogumiła Berdychowska, a który nadzorował wiceminister
Michał Jagiełło. Przyjęto wtedy taki standard, że prawa
mniejszości nie są przedmiotem sporów i walki politycznej, że
mniejszości nie mogą być wykorzystywane jako zakładnicy w
stosunkach Polski z sąsiadami i vice versa. Tę zasadę realizowano
w praktyce.
Niezależnie od dalszego rozwoju konfliktu władz polskich z
Aleksandrem Łukaszenką ta zasada powinna być utrzymana. Polscy
Białorusini nie mogą stać się zakładnikami obecnego konfliktu. W
żadnym wypadku represje i dyskryminacja mniejszości polskiej na
Białorusi nie mogą spowodować podobnych działań wobec Białorusinów
mieszkających w Polsce. Nie możemy zaprzepaścić sukcesów polskiej
polityki narodowościowej osiągniętych u zarania III RP.
Zastosowanie zasady wzajemności byłoby wielkim błędem. Dlatego tak
wielkie znaczenie ma to, jakie działania będę podejmowane wobec
mniejszości białoruskiej w Polsce. Nie żyjemy w dwudziestoleciu
międzywojennym, gdy kwestię mniejszości instrumentalizowano według
wzorów "piątej kolumny", lecz w okresie respektowania praw
człowieka i praw mniejszości narodowych. Łukaszenko wykorzystuje
stare wzorce, ale nie możemy dać się wciągnąć w jego scenariusz.
Problem w tym, że Polska przestrzega standardów
międzynarodowych wobec mniejszości, a Białoruś pod rządami
Łukaszenki kompletnie na to gwiżdże.
- Polska polityka wobec mniejszości sprawiła, że poczuły się one
autentycznym podmiotem państwa polskiego. Co to oznacza w
praktyce? To znaczy, że mniejszości czują się obywatelami polskimi
innej narodowości, kultury, języka, którzy, jeśli mają problemy,
swe pretensje kierują nie do stolicy ościennego państwa, lecz
przede wszystkim do Warszawy. Wielkim osiągnięciem polityki
narodowościowej III RP było także to, żeby mniejszości
kontaktowały się między sobą. Od początku lat 90. w Związku
Ukraińców w Polsce bardzo dbaliśmy o kontakty z Federacją
Organizacji Polskich na Ukrainie. Mieliśmy wspólne spotkania,
konferencje, wymiany młodzieży. Podczas tych spotkań okazywało
się, że Ukraińcy w Polsce mają bardzo podobne problemy jak Polacy
na Ukrainie. Po obu stronach były problemy z podręcznikami do
nauczania w języku ojczystym, ze szkolnictwem, zatrudnianiem
nauczycieli, finansowaniem czasopism, możliwościami propagowania
kultury itd. Taka świadomość ogromnie nas zbliżyła - sprawiła, że
uświadomiliśmy sobie, iż mimo wszelkich różnic jedziemy na jednym
wózku. Oczywiście, były problemy - np. nierozwiązana do czerwca
tego roku kwestia Cmentarza Orląt we Lwowie - ale staraliśmy się
takie sporne kwestie oddzielać od stosunków z polskimi
organizacjami na Ukrainie. I to się na ogół udawało. To wielki
sukces polityki narodowościowej każdego państwa, gdy
przedstawiciele mniejszości traktują jego stolicę jako adresata
swoich postulatów i próśb, a nie kraj macierzysty. Jeszcze raz
powołam się na najlepiej mi znany przykład ukraiński. Mniejszość
ukraińska w Polsce jest znakomitym ambasadorem kultury ukraińskiej
w Polsce, języka, obyczaju, muzyki - ale za głównego partnera do
załatwiania swoich spraw uznaje władze w Warszawie. Władze w
Kijowie Ukraińcy proszą o pomoc dopiero wtedy, gdy nie są w stanie
porozumieć się z urzędnikami w Polsce. Wydaje mi się, że jest to
sytuacja bliska modelowej.
Ale ten proces jest możliwy w kraju demokratycznym albo
aspirującym do demokracji. A co robić w takim państwie jak
Białoruś, które łamie wszelkie normy międzynarodowe i nie
przestrzega podstawowych standardów praw mniejszości? Do kogo mają
się zwracać białoruscy Polacy, jeśli nie do polityków w Warszawie?
Przecież Mińsk ich nie wysłucha. Na Białorusi nie ma niezależnych
sądów...
- Oczywiście, Warszawa nie może milczeć, gdy deptane są prawa
ludzi narodowości polskiej, ale reżim Łukaszenki będzie
wykorzystywał to propagandowo jako mieszanie się przez Zachód w
sprawy Białorusi. Dlatego należy zrobić wszystko, by sprawę tę
przedstawiać we właściwej perspektywie - nie jako problem relacji
dwustronnych, lecz jako problem przestrzegania elementarnych praw
człowieka. Łukaszenko wyciągnął tę sprawę - nie najważniejszą w
gruncie rzeczy dla państwa białoruskiego - by zmobilizować wokół
siebie mieszkańców republiki. To klasyczna próba szukania wroga,
by odwrócić uwagę od spraw wewnętrznych, gdy kraj pogrąża się w
coraz większym kryzysie. Niestety, trzeba przyznać, że ta próba
jest na razie dość udana.
Co można robić, żeby to się nie udało?
- Po pierwsze, starać się umiędzynarodowić ten problem. Białoruś -
choć z powodu łamania praw człowieka nie jest członkiem Rady
Europy - podpisała wiele międzynarodowych konwencji regulujących
status mniejszości narodowych. Należy żądać, by były one
respektowane. Warto wciągnąć do sprawy wszelkie organizacje
międzynarodowe - Unię Europejską, Radę Europy, OBWE, ONZ itd. Może
pod tak zmasowaną presją Mińsk wreszcie się ugnie. Po drugie,
musimy nastawić się na strategię długiego marszu. Łukaszenko chce
zerwania stosunków dyplomatycznych z Polską. Nie należy mu tego
ułatwiać. Nawet po przejęciu Związku Polaków na Białorusi przez
ludzi reżimu pozostaną szkoły, placówki kulturalne i kościoły. Dla
Polski nie jest bez znaczenia, co się w nich dzieje. Po trzecie,
mieć świadomość, że służby Łukaszenki będą starały się włączyć do
grupy represjonowanych działaczy polskich również swoich agentów.
Ci będą najbardziej radykalni, będą działać według klasycznych
wzorów prowokacji. Po czwarte, należy wspierać działaczy polskich
z panią Andżeliką Borys na czele. Muszą mieć poczucie, że nie
zostali pozostawieni sami sobie. Poddawani są represjom, będą
izolowani od własnej społeczności, narażeni na pokusy emigracji z
własnego kraju. Dlatego Polska powinna stawiać sprawę jasno: oni
są działaczami praw człowieka w Europie. I dlatego jak ognia
należy wystrzegać się włączania ich w polską politykę wewnętrzną,
w kampanię wyborczą. Po piąte, oddziaływać na sytuację Polaków na
Białorusi poprzez europejskie organizacje mniejszości narodowych.
Ich wspólne oświadczenie w obronie praw Polaków mieszkających na
Białorusi odegra jakąś rolę. Dziś każdy gest jest ważny. Po
szóste, należy wysyłać jak najwięcej sygnałów do społeczeństwa
białoruskiego, że w całej sprawie chodzi przede wszystkim o ich
prawa, o los demokracji na Białorusi. Hasło "Mińsk - Warszawa -
wspólna sprawa" dziś nabiera szczególnego znaczenia. Dlatego
wszelkie tezy części polskich polityków o rządzie na uchodźstwie,
o konieczności nałożenia sankcji gospodarczych na Białoruś, bo
jedynie wtedy sami Białorusini zrozumieją, że uleganie Łukaszence
to błąd, to wypowiedzi nieodpowiedzialne i szkodliwe. Działają
przeciwko Polakom na Białorusi.
A czy polscy Białorusini mogą odegrać jakąś rolę w rozwiązaniu
tej zawiłej sytuacji?
- Oczywiście, choć nie chciałbym, żeby mój głos zabrzmiał jak
narzucanie rozwiązań czy pouczanie kogokolwiek. Działacze
białoruscy powinni mieć świadomość, że właśnie w takich momentach
ujawnia się oblicze ruchu, któremu przewodzą, że każdy gest znaczy
dziś bardzo wiele. Bo to przecież proste: naruszanie praw Polaków
na Białorusi narusza również ich prawa. Wielką szansą byłoby
zorganizowanie jakiejś wspólnej imprezy przez środowisko pani
Borys i jedną z białoruskich organizacji w Polsce. Mogłaby to być
konferencja, obozy dla dzieci, wymiana młodzieży. Chodzi o to, by
zostały zaangażowane rozmaite organizacje po obu stronach. W ten
sposób w życiu codziennym kształtuje się demokracja i poszanowanie
praw innych. To jest najlepsza polityka, jaką można przeciwstawić
metodom reżimu Łukaszenki.
Solidarność mniejszości narodowych w naszej części Europy?
- Zdecydowanie tak. Jestem szczerze przekonany, że ta solidarność
pozwoliła uniknąć wielu konfliktów w naszym regionie. Dzięki niej
udało się nam uniknąć tragicznego losu Bałkanów. Dyktatorzy i
kandydaci na takowych zawsze boją się współdziałania ludzi ponad
granicami. Dlatego próbują izolować swe kraje, nie dopuszczać do
pojawiania się solidarności między poszczególnymi grupami. To
jeden z największych sukcesów III RP - upodmiotowienie mniejszości
narodowych i
przeciwdziałanie takim tendencjom, które w karykaturalnej formie
obserwujemy dziś na Białorusi.
6) „Polacy nie rozumieją Białorusinów”
Marcin Wojciechowski (5/8-2005)
Warto też wrócić do rad Jerzego Giedroycia. Uważał on, że trzeba
próbować rozmawiać z każdymi władzami na Białorusi, nawet jeśli
nie są one akceptowane przez świat - mówi Jerzy Chmielewski, działacz mniejszości białoruskiej w Polsce,
szef Stowarzyszenia Dziennikarzy Białoruskich w Białymstoku,
kieruje miesięcznikiem mniejszości białoruskiej „Czasopis”.
Marcin Wojciechowski: Jaki ruch Polska powinna wykonać teraz wobec
Łukaszenki? Dać mu po łapach za szykany w stosunku do Związku
Polaków na Białorusi, do czego wzywają niektórzy politycy, czy też
starać się wyciszyć ten konflikt?
Jerzy Chmielewski: Polska powinna wyciągnąć daleko idące wnioski z
obecnej sytuacji. Ale wsłuchując się w wypowiedzi polityków, mam
wrażenie, że te wnioski są nie do końca właściwe. Polacy nie
orientują się w sprawach białoruskich. Ich spojrzenie jest bardzo
wycinkowe, skupione na osobie i polityce Łukaszenki. To wszelako
nie pozwala im zrozumieć Białorusi, a tym samym wypracować
skutecznych mechanizmów oddziaływania na ten kraj.
Jakie główne błędy popełniła Polska w swej polityce wobec
Białorusi? Czego nie wiemy o tym kraju?
- Białorusini są postrzegani w Polsce jako naród zacofany i ubogi.
Co gorsza, obraz tego kraju formowany jest często z pozycji
dawnego pana. Tak w każdym razie mogą odbierać to Białorusini. A
przecież naszym celem powinny być relacje partnerskie, budowane w
duchu europejskim. Nie da się tego zrobić językiem oświadczeń,
rezolucji i gniewnych deklaracji.
Jest sprawą oczywistą, że Łukaszenko nie przestrzega standardów
europejskich i demokratycznych - ale siłą narzucić się ich nie da.
Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że Białorusini są inną
społecznością, niż nam się wydaje. Naród białoruski dopiero się
tworzy, praktycznie w każdej dziedzinie życia wciąż dominuje
mentalność sowiecka. Polska nie potrafiła, niestety, wypracować
takiej polityki wobec Białorusi, która by uwzględniła tę
specyfikę. Reagowano tylko na napięcia polityczne, zabrakło
jakiejś szerszej wizji.
Czy dobrze rozumiem, że Pana zdaniem nawoływania do
demokratyzacji Białorusi i otwarcia tego kraju na Zachód są
odbierane w Mińsku jako narzucanie polskiego modelu rozwoju? Na
dodatek przez kraj, który kiedyś zajmował część ziem białoruskich.
- Trzeba sobie otwarcie powiedzieć, że Białoruś nie liczy się w
tej chwili ze zdaniem Polski. Władze białoruskie czują bowiem
poparcie Kremla, choć stosunki białorusko-rosyjskie nie są
jednoznaczne. Łukaszenko krytykuje media rosyjskie za sposób, w
jaki go przedstawiają, ale jednak stawia na Rosję i w sprawach
kluczowych on i jego otoczenie znajdują wspólny język z Kremlem.
Nie da się więc pomóc Białorusinom w otwarciu się na świat, nie
licząc się z Rosją. Ubolewam, że w Polsce panuje nastawienie
antyrosyjskie, w które niepotrzebnie i niesprawiedliwie wpisuje
się też Białoruś. W sprawie Związku Polaków Mińsk może się ugiąć
tylko przed szerszą opinią międzynarodową, przede wszystkim przed
Unią Europejską. Głos Polski będzie tu niewystarczający, choć z
drugiej strony mogą też nastąpić rzeczy nieoczekiwane.
Czy chodzi Panu o presję polityczną, czy także gospodarczą? O
to, by Łukaszenko poczuł, że z powodu pogorszenia stosunków z
Polską poniesie wymierne straty gospodarcze?
- Łukaszenko nie ugnie się przed żadnym naciskiem, nawet
najbardziej racjonalnym. Jest bardzo zadufany, jest typowym
produktem systemu sowieckiego. Musi się jednak liczyć z opinią
świata. Białoruś i tak znajduje się w izolacji politycznej, ale
nie może całkowicie odciąć się od świata.
Osobiście byłbym przeciwny sankcjom gospodarczym, bo uderzą one
przede wszystkim w zwykłych ludzi. Chodzi raczej o wypracowanie
pewnych kroków na rzecz budowania postaw obywatelskich i wywołania
dyskusji, dzięki której sami Białorusini ujrzeliby inną
perspektywę rozwoju swego kraju, niż ma im do zaoferowania
Łukaszenko. To zadanie niesłychanie trudne. Łukaszenko ostatnio
bardzo uszczelnił system. Od przedszkoli aż po szkoły wyższe
nauczany jest specyficzny przedmiot: "podstawy ideologii państwa
białoruskiego". Wielosetletnia historia Białorusi została w nim
sprowadzona do wieku XX. Najpierw była rewolucja październikowa,
po której powstała Białoruska Republika Sowiecka, a potem wielka
wojna ojczyźniana [tak w ZSRR określano II wojną światową - red.],
ze szczególnym udziałem partyzantki białoruskiej w zwycięstwie nad
faszyzmem. Te dwa epizody są podstawą nauczania o historii państwa
białoruskiego.
Brakuje nam bezpośrednich kontaktów, półprywatnych i prywatnych
rozmów. Język polityki - zwłaszcza ten, którym mówi Warszawa - nie
wystarcza, bo Białorusini po prostu go nie rozumieją, traktują
jako pouczanie i odrzucają. Zamiast pouczania należy propagować
wzorce obywatelskie, ale to jest robota na lata.
Czy pomysł powołania w Polsce niezależnego radia nadającego dla
Białorusi jest dobrą inicjatywą?
- Media, zwłaszcza elektroniczne, są potężnym narzędziem, z
którego Łukaszenko korzysta w sposób nieograniczony. Jednak
otwarcie takiej stacji muszą poprzedzić szczegółowe przygotowania.
Dziennikarzami powinni być zdecydowanie ludzie z Białorusi. Trzeba
też zrobić wszystko, żeby ta stacja nie tylko przekazywała
alternatywne treści, ale także była słuchana. Kiedyś już
uruchomiono radio Racja, które nadawało na Białoruś spod Warszawy
na falach średnich. Ale chociaż przekazywało pożyteczne treści,
nie za bardzo było słuchane. Nie tylko ze względu na złą jakość
techniczną programu. Także dlatego, że dominowała w nim
publicystyka polityczna. Tymczasem w radiu dla Białorusi oprócz
rzetelnej informacji powinno się znaleźć miejsce i na dobrą
muzykę, i na treści poza polityczne. Warto też wrócić do rad
Jerzego Giedroycia. Uważał on, że trzeba próbować rozmawiać z
każdymi władzami na Białorusi, nawet jeśli nie są one akceptowane
przez świat. Redaktor paryskiej "Kultury" byłby przeciwny
uruchomieniu radia, które by narzucało Białorusinom wizję rozwoju.
Oddziaływać na sytuację za Bugiem trzeba w sposób wyjątkowo
delikatny, przemyślany. Tak, żeby nie odebrano tego jako
działalności "złowrogiej" i "reakcyjnej".
A co Pan sądzi o głosach, że trzeba prowadzić jeszcze
ostrzejszą politykę wobec Łukaszenki?
- Problem w tym, że Łukaszenko wcale nie boi się Polski. Sytuacja
gospodarcza Białorusi nie jest dziś tak zła, jak się ją
przedstawia w Polsce. To przede wszystkim efekt koniunktury
gospodarczej w Rosji, z którą ściśle powiązana jest gospodarka
białoruska. Ludziom powodzi się coraz lepiej, co Łukaszenko
wykorzystuje jako atut. Obala mit, że rządy autorytarne nie są w
stanie tworzyć żadnych możliwości rozwoju. Zaplecze w postaci
Rosji i dużych rynków zbytu dla tanich towarów białoruskich w
byłych republikach sowieckich pozwala mu zapewnić ludziom jaki
taki poziom życia. W latach 90. Białorusini byli mile zdziwieni,
wręcz zazdrośni o to, że w Polsce wszystko tak szybko się
poprawia. Teraz zaczynają dostrzegać pozytywne zmiany u siebie.
Dotyczy to przede wszystkim dużych miast - głównie Mińska, który
jest uporządkowany, czysty i spokojny. To dowodzi, że nawet
autorytarne państwo wcale nie musi stać w miejscu.
Trzeba się więc przygotować na długi marsz...
- Najlepszym polem do prowadzenia dialogu i współpracy mogłaby być
kultura. Mam na myśli kulturę wysoką, bo ta popularna od dawna
jest już pod skrzydłami obozu Łukaszenki. Kultura wysoka jest
wręcz niepożądana przez białoruski reżim. Polska mogłaby to
wykorzystać, organizując współpracę naukowców, dziennikarzy,
artystów. Moje pismo "Czasopis" regularnie zamawia teksty u
publicystów, którzy mają kłopoty z drukowaniem na Białorusi.
Podobnie mogłyby postępować inne polskie redakcje. Byłaby to pomoc
dla szykanowanych dziennikarzy, ale także szansa dowiedzenia się
czegoś więcej o Białorusi. Pokazania, że ten kraj to nie tylko
polityka i Łukaszenko.
Podobne korzyści mogą przynieść staże dla naukowców i stypendia
dla studentów z Białorusi fundowane przez polskie uczelnie. Mimo
biurokratycznych barier i trudności warto rozwijać współpracę
przygraniczną, co coraz śmielej czynią nasze samorządy. Trzeba
dążyć do otwierania kolejnych przejść granicznych. Białoruś to
naprawdę piękny kraj - wielka szkoda, że tak rzadko odwiedzany
przez Polaków. Białoruską kulturę należy w Polsce pokazywać i
wspierać. Nie tylko od święta. Niech w radiu na co dzień zabrzmi
wreszcie białoruska muzyka, niech na festiwalu w Sopocie wystąpią
wykonawcy białoruscy. Zapewniam, że swym poziomem nie ustępują
zachodnim.
Białorusinom warto przekazać polskie doświadczenia z okresu
przemian ustrojowych. Choćby ogromną rolę prasy lokalnej, której
na Białorusi po prostu nie ma i nigdy nie było. Wiem, o czym
mówię, gdyż obok "Czasopisu" już ponad dziesięć lat redaguję
gminny miesięcznik w przygranicznym Gródku i widzę, jak ogromne
ma on znaczenie dla upowszechniania wzorców obywatelskich i
samorządowych - tak potrzebnych dziś na Białorusi.
Czy polscy Białorusini powinni zabrać głos w sprawie konfliktu
wokół Związku Polaków? Czy Łukaszenko liczyłby się z takim głosem?
- Mniejszość białoruska w Polsce to inni Białorusini niż obywatele
naszego wschodniego sąsiada. Nie odcinamy się od nich, ale po
ponad 50 latach życia w innych warunkach geopolitycznych staliśmy
się jakby innym, drugim narodem białoruskim. Takich narodów są
setki od Skandynawii po Adriatyk. Niestety, większość z nich
stopniowo wymiera, choćby Serbołużyczanie w Niemczech. My też
borykamy się z tym problemem. Bronimy się przed asymilacją i
polonizacją, ale te procesy są nieuniknione i nie całkiem od nas
zależne. Poza tym dla władz w Mińsku nie istnieje problem
mniejszości białoruskiej za granicą. Dla Łukaszenki Białorusini
mieszkający za granicą to ludzie, którzy mieli coś na sumieniu i
musieli uciekać z kraju, to zdrajcy albo w najlepszym razie ludzie
pracujący na rzecz obcego kraju. Nieraz słyszałem to w jego
wypowiedziach. Boję się, że nasz głos w obronie Związku Polaków na
Białorusi nie zostanie w ogóle usłyszany. Oczywiście ubolewamy z
powodu tego, co się dzieje, ale nie mamy wpływu na tę sytuację.
Piętnujemy politykę obozu Łukaszenki nie tylko wobec Związku
Polaków, ale wszystkich organizacji pozarządowych i struktur
niezależnych. Szczególnie boli nas to, że prezydent realizuje w
swoim kraju politykę antynarodową. Nie przywiązuje żadnej wagi do
kultury białoruskiej, praktycznie wyrugował język ojczysty.
Białoruski jest wykładany w szkołach jako przedmiot, ale nie jako
język ojczysty. Ostatnio zmieniono nazwy ulic w centrum Mińska.
Prospekt wybitnego humanisty średniowiecznego Franciszka Skaryny
nazwano Prospektem Niepodległości. Szyldy nazw ulic są po
białorusku, ale ludzie czytają je po rosyjsku. To absurd, ale
ogromnie bolesny.
Czy nie obawia się Pan, że konflikt wokół Związku Polaków na
Białorusi negatywnie odbije się na sytuacji mniejszości
białoruskiej w Polsce?
- Obawiam się, że ktoś może zaproponować, by w ramach rewanżu
zastosować wobec nas kroki odwetowe - np. odebrać dotacje na
jakieś imprezy czy czasopisma. Związek Polaków na Białorusi jest
prawie w całości finansowany przez władze w Warszawie, czyli
również przez nas, Białorusinów mieszkających w Polsce, którzy tu
płacą podatki. My też jako mniejszość otrzymujemy wsparcie
polskich instytucji - i ani grosza od Łukaszenki. Mam nadzieję, że
nie staniemy się zakładnikiem obecnej sytuacji. Byłoby to
zaprzeczeniem wartości, które wyznaje Polska. Tyle razy
słyszeliśmy od polskich urzędników, jak bardzo wzbogacamy polską
kulturę, ale przyznam, że czuję niepokój przed restrykcjami. Za
drobne nieścisłości księgowe wytoczono proces 11 osobom z
białoruskiego tygodnika "Niwa" wydawanego w Białymstoku. W naszych
oczach urasta on do rangi procesu pokazowego. Przyjrzenie się
problemom mniejszości białoruskiej w Polsce, wsłuchanie się w
nasze sprawy może być jednym z kluczy do poprawy stosunków z
Białorusią. Ale prawda jest taka, że klimat nie jest dziś
najlepszy. Powoli ginie język białoruski. Polscy Białorusini boją
się publicznie rozmawiać po białorusku z obawy, że mogą ich
spotkać jakieś represje lub niechęć. Niech konflikt wokół Związku
Polaków na Białorusi nie wywoła większych podziałów i wrogości,
ale zostanie wykorzystany do lepszego poznania i zrozumienia się.
7) „Bezkarność Łukaszenki” Tygodnik "Wprost"(7/8-2005)
Stanisław Szuszkiewicz,
były prezydent Białorusi, obecnie lider opozycji.
Europolitycy w mdłych słowach dają dobre rady, na które sami już
wpadliśmy.
Władza białoruska, która na co dzień łamie prawa człowieka i jest
uwikłana w układy przestępcze, może utrzymać swoją pozycję tylko
dzięki izolowaniu społeczeństwa od niezależnych źródeł informacji.
Największym zagrożeniem dla reżimu Łukaszenki są więc organizacje
i instytucje, które mają dostęp do niezależnych informacji. Jedną
z takich organizacji jest Związek Polaków na Białorusi. Dopóki na
jego czele stał człowiek współdziałający z obozem rządzącym,
wszystko było w porządku. Kiedy jednak Polacy wybrali ludzi
niezależnych od władz w Mińsku, związek stał się instytucją non
grata. Zaczęły się szykany, prowokacje i atak na Polaków, także
tych z polskiej ambasady w Mińsku. Wydaleni polscy dyplomaci byli
bardzo szanowani na Białorusi i to wystarczyło, by zostali uznani
za wrogów reżimu. Teraz w zasadzie wszystko może być traktowane
jako działalność antypaństwowa. Szerzenie polskiej kultury, które
jest celem zarówno związku, jak i ambasady, też jest uznawane za
działalność wywrotową. Cała ta sytuacja jest na rękę Rosji. Choć
Putin publicznie lekceważy Łukaszenkę, to daje mu zielone światło
na tego typu poczynania.
Obawiam się, że na tym nie koniec wojny dyplomatycznej. Kolejnym
jej etapem mogą być próby ograniczania kontaktów polskich
dyplomatów z kręgami myśli niezależnej na Białorusi, a im bliżej
wyborów prezydenckich, tym więcej będzie prowokacji, z reguły
szytych grubymi nićmi.
Wszelkie publikacje, choćby częściowo niezależne - bo u nas nie ma
czegoś takiego jak wolna prasa - są pod byle pretekstem
konfiskowane. Ludzie na co dzień karmieni są kłamstwami, utwierdza
się ich w przekonaniu, że choć nie zarabiają wiele, mają
przynajmniej regularnie wypłacane pobory. W efekcie mało kto zdaje
sobie sprawę, że zarobki czy emerytury są skandalicznie niskie i
skazują ludzi na życie w nędzy. Dlaczego nikt nie mówi o tym, że
średnia długość życia na Białorusi (62 lata) jest najniższa w
Europie? Język białoruski nadal nie jest do końca językiem
państwowym, ustawy w parlamencie i wszelkie akty prawne są pisane
tylko po rosyjsku. Większość obywateli nie ma jednak świadomości,
czym jest system Łukaszenki, bo nie ma wolnych mediów.
W tej sytuacji pozostaje nam jedynie liczyć na pomoc zagraniczną.
Pamiętam kwietniowe spotkanie w Warszawie z Wiktorem Juszczenką.
Powiedział wtedy, że gdyby nie zdecydowane zaangażowanie się w
sprawę ukraińską tak znanych polityków, jak Javier Solana, Valdas
Adamkus czy Aleksander Kwaśniewski, na Ukrainie doszłoby do wojny
domowej. Gdyby Białoruś mogła liczyć na tak silne poparcie,
Łukaszenka musiałby iść na ustępstwa. A tak czuje się bezkarny, bo
politycy z Unii Europejskiej w mdłych słowach dają nam mgliste
zapewnienia, na które sami już wpadliśmy. W porównaniu z Brukselą
bardziej zaangażowany jest Waszyngton.
8) „Rubikon”
Tygodnik "Wprost"
(7/8-2005)
Vincuk Viacorka
Przewodniczący Białoruskiego Frontu Narodowego, jeden z liderów
demokratycznej opozycji na Białorusi.
zolacja Białorusi, do której doprowadza Łukaszenka, jest
wygodna dla Moskwy.
No i stało się. Do opisania sytuacji wokół Związku
Polaków na Białorusi potrzeba nowych słów. Trzech działaczy ZPB
wtrąca się do więzienia, przez co stają się "sutacznikami", czyli
skazanymi. Do siedziby związku wkracza milicja oraz oficerowie KGB,
dzięki którym "potrzebni ludzie" wracają na swoje stołki.
Andżelikę Borys jak przestępcę wyprowadzają z budynku
funkcjonariusze AMAP (odpowiednik ZOMO) i trzymają na posterunku.
Czy to obsesja Łukaszenki czy przemyślana strategia? Mamy do
czynienia z obsesją, ale istnieje też plan. Dostrzegam dwie gry:
wewnętrzną i "globalną". ZPB stał się ofiarą obydwu. Pierwsza z
nich zakłada zduszenie społeczeństwa obywatelskiego. Najprostszym
tego sposobem jest zamykanie niezależnych organizacji. ZPB ma
jednak pecha - gdyby był zwykłą organizacją pozarządową, zostałby
zdelegalizowany, przeszedłby do podziemia i po wszystkim. Ponieważ
ma wsparcie sąsiedniego kraju, wymyślono bardziej finezyjny
scenariusz. Telewizja Łukaszenki podpowiada: nawet w Polsce mówią,
że pani Borys jest "zbyt radykalna". W ślad za Konfucjuszem
namawiam, by zacząć od zamiany pojęć: nie używajmy określenia
"konflikt polsko-białoruski". Nie jest to konflikt Białorusi, ale
Łukaszenki - ze Związkiem Polaków na Białorusi, z białoruskim
społeczeństwem, z Polską, z całym demokratycznym światem. Psychika
wiejskiego rozrabiacza każe obserwować reakcje napadniętych. Jeśli
milczą, to znaczy, że są słabi. Niestety, od czasu kiedy
Łukaszenka wyrzucił zagranicznych dyplomatów z ich rezydencji w
mińskiej dzielnicy Drozdy, nieustannie otrzymywał dowody słabości
napadniętych.
Nasz kołchoz spokojny
"Towarzysz prezydent" z ostatnimi wydarzeniami nie miał nic
wspólnego. Zajmował się w tym dniu czymś innym - osobiście
dobierał kolor szyb do okien Biblioteki Narodowej. O tym właśnie
donosiła na pierwszym miejscu telewizja. Na koniec programu
poinformowano o wydarzeniach wokół ZPB mniej więcej w ten sposób:
to nic specjalnego, kolejna prowokacja Polski i USA, ale nasi
ludzie, w tym "dobrzy" Polacy białoruscy, razem z Łukaszenką
czuwają i nie dopuszczą wroga do granic Rosji (sic!). Równolegle z
zaostrzaniem stosunków Mińska z Warszawą swoją politykę prowadzi
Moskwa. Nie ma wątpliwości, że Łukaszenka usłyszał od prezydenta
Rosji żądanie wypełnienia dawnych zobowiązań, m.in. wprowadzenia
rosyjskiego rubla. A podczas spotkania z "Naszymi" (nazwa
Komsomołu putinowskiego) Władimir Władimirowicz ogłosił, że
Rosjanie i Białorusini są... jednym narodem. Na takie rzeczy nawet
Sowieci sobie nie pozwalali. Izolacja Białorusi, do której
doprowadza Łukaszenka, jest wygodna dla Moskwy, bo nie pozostawia
innej drogi oprócz powrotu na wschód.
Sekret Łukaszenki
Łukaszenka od dziesięciu lat skrycie marzy o prezydenturze Rosji.
Dlatego niełatwo jest dziś Putinowi nakłonić go do posłuszeństwa.
Zażarta walka z ZPB oraz wojna dyplomatyczna z Polską może być
sygnałem dla "swoich" na wschodzie, dla których nawet Putin nie
jest wystarczająco imperialny i antyzachodni. Łukaszenka, myślący
nie o ratunku, ale o świetlanej przyszłości politycznej, widzi się
w roli co najmniej Dawida walczącego z Goliatem - USA. Wierzy, że
jest w stanie skłócić USA z Unią Europejską, a Polskę z resztą
Europy.
Przez długi czas UE nie miała wizji działania wobec Łukaszenki.
Nie sprawdziła się taktyka usprawiedliwiania kontaktów
koniecznością zapobieżenia scenariuszowi moskiewskiemu. I Polska
bywała łagodniejsza dla Łukaszenki niż inne kraje euroatlantyckie.
Kiedy zaczęły się dyskusje o wznowieniu nadawania z Polski
białoruskiego Radia Racyja, wielu polskich polityków dowodziło, że
doprowadzi to do konfrontacji i może zaszkodzić Polakom na
Białorusi. Ostatnie wydarzenia wskazują, że nie wolno się bać
"upolitycznienia" kwestii obywatelskich: upolitycznia je sam
reżim. Nie rozumiem Komisji Europejskiej, która w tym wypadku mówi
o "problemach dwustronnych". Znaczenie, rozwój i konsekwencje
obecnego konfliktu wykraczają poza nasz region. Łukaszenka musi
usłyszeć solidarną, europejską oraz euroatlantycką ocenę tego, co
robi. Musi wiedzieć, co go za to czeka. Co do celu posunięć
odwetowych - powtórzę: to nie jest konflikt sprowokowany przez
Białoruś czy Białorusinów, ale przez rządzącą klikę.
9) „Okrągły stół” i odezwa w Grodnie
11.08.2005 Mińsk (PAP)
Nie odbędzie się planowany na czwartek w Grodnie "okrągły stół" w
sprawie sytuacji w Związku Polaków na Białorusi. Wcześniej o
takich planach informowała białoruska agencja prasowa BEŁTA,
powołując się na Państwowy Komitet ds. Religii i Mniejszości
Narodowych. Wiceszef Komitetu, Uładzimir Łamieka, twierdzi jednak,
że jego urząd nie występował z taką inicjatywą i nie wie, skąd
taka wiadomość pojawiła się w agencji. Łamieka uważa jednocześnie,
że taka inicjatywa jest potrzebna i powinna wychodzić od samych
przedstawicieli polskiej mniejszości.
Wśród dziennikarzy pojawiły się nieoficjalne informacje, że na
razie bliżej nieznani przedstawiciele polskiej mniejszości we
wtorek lub w środę przyjęli odezwę do polskich władz. Wiadomo, że
z odezwą nie ma nic wspólnego Andżelika Borys, prezes Związku
Polaków nie uznawana przez
białoruskie władze. Uznawany przez nie prezes ZPB
Tadeusz Kruczkowski o "okrągłym
stole" nic nie wie. O odezwie słyszał, ale, jak twierdzi, nie
została ona wydana przez jego Związek. Według Kruczkowskiego,
kilka dni temu odbyło się spotkanie przedstawicieli polskiej
mniejszości mających wysoką pozycję w społeczeństwie białoruskim i
na spotkaniu przyjęto odezwę.
Prawdopodobnie w czwartek jej treść zostanie podana do wiadomości
publicznej.
10) Pisalnik wyszedł z aresztu
11.08.2005
Mińsk (PAP)
Na wolność wyszedł nieformalny rzecznik Związku Polaków na
Białorusi ZPB Andrzej Pisalnik. Redaktor naczelny tygodnika "Głos
znad Niemna" odsiadywał w Lidzie karę 10 dni aresztu. Pisalnik
reprezentujący nie uznawane przez Mińsk władze ZPB trafił do
aresztu za udział 3 lipca w Szczuczynie w koncercie z okazji
Święta Niepodległości Białorusi. Władze uznały koncert za
nielegalny wiec i skazały czterech jego uczestników na 10 lub 15
dni aresztu. Pisalnika w Lidzie oczekiwała grupa przyjaciół i
dziennikarzy polskich. Po powitaniu z nimi udał się do rodzinnego
Grodna. Po wyjściu z aresztu Pisalnik zapowiedział kontynuowanie
walki o Związek Polaków na Białorusi. "Gdybym zrezygnował obecnie,
to byłoby to zwycięstwo białoruskich władz" - powiedział PAP tuż
po uwolnieniu. Jego zdaniem, aresztowania kilku aktywistów
polskich miały na celu złamanie Andżeliki Borys, nie uznawanej
przez Mińsk prezes Związku. "To się władzom też nie udało, z czego
się cieszę" - powiedział. Pisalnik nie wie jeszcze, co będzie
robić w najbliższym czasie, powiedział, że musi porozmawiać z
kolegami ze Związku. Trzeba również zaczekać na wyjście z aresztu
w najbliższych dniach Tadeusza Gawina, pierwszego prezesa i
jednego z założycieli ZPB, oraz Wiesława Kiewlaka, nie uznawanego
przez władze wiceprezesa Związku.
Pisalnik nie wykluczył, że znowu będzie aresztowany, ale, jak
zaznaczył, "będzie konsekwentny w swojej walce". Dodał, że władze
białoruskie powinny zrozumieć, iż represje nie przynoszą
pozytywnego efektu, a tylko szkodzą opinii Białorusi na arenie
międzynarodowej. Pisalnik powiedział, że w celi miał przyzwoite
warunki. Zdarzało się, że siedziało w niej do czterech
aresztantów, ale były dni, gdy przebywał tylko z Andrzejem
Poczobutem, innym aktywistą Związku skazanym wcześniej na 15 dni
aresztu. Poczobut, który na wolność wyszedł w środę wieczorem,
zapowiedział, że będzie kontynuował walkę o Związek Polaków.
Powiedział PAP, że, jego zdaniem, zwołany na 27 sierpnia zjazd
Związku Polaków w Wołkowysku będzie farsą, gdyż zostanie wybrane
kierownictwo posłuszne białoruskim władzom. Poczobut podkreślił,
że zjazd ten zostanie zbojkotowany przez wielu znanych aktywistów
polskiej mniejszości. W areszcie w Grodnie przebywa jeszcze
Tadeusz Gawin, pierwszy prezes i założyciel Związku Polaków,
skazany na 15 dni aresztu za udział w wiecu w trakcie pobytu w
Grodnie wicemarszałka Sejmu Donalda Tuska. Na
podobną karę za ten sam czyn został skazany również Wiesław
Kiewlak, nie uznawany przez białoruskie władze wiceprezes Związku
Polaków.
11) Odezwa do władz Polski
11.08.2005 Mińsk (PAP)
Polacy z Grodzieńszczyzny przyjęli odezwę do polskich władz.
Poinformowała o tym w czwartek białoruska agencja BEŁTA. Odezwa
krytykuje "kampanię propagandową wobec władz białoruskich" i
wskazuje na "próbę wywołania konfliktu narodowościowego". Jak
nieoficjalnie dowiedziała się PAP, w odezwie napisano, że "w
ostatnim czasie w kręgach dyplomatycznych Polski i Zachodu oraz w
mediach rozpętano kampanię propagandową w związku z rzekomym
łamaniem demokracji i praw człowieka na Białorusi". Zdaniem
autorów odezwy, jest to "jawna próba wywołania konfliktu
narodowościowego" na Białorusi. Sygnatariusze odezwy podkreślają,
że dla nich, jako "osób narodowości polskiej jest to krzywdzące",
gdyż "urodzili się i wychowali na ziemi białoruskiej" i ona stała
się dla nich "Ojczyzną i domem". Autorzy odezwy podkreślają też,
że państwo białoruskie dało im i ich dzieciom edukację, zrobiło z
nich ludzi. "Dano nam możliwość zajmowania wysokich urzędów (...).
Jesteśmy dumni, że jesteśmy obywatelami Republiki Białoruś" -
napisali. Odezwę podpisało ponad 30 dyrektorów zakładów pracy,
wysokich urzędników państwowych, naukowców i pedagogów polskiego
pochodzenia. Na razie nie są znane ich nazwiska. Posłanie zostało
skierowane do prezydenta Polski, polskiego Sejmu i rządu. Wiadomo,
że z odezwą nie ma nic wspólnego Andżelika Borys, nie uznawana
przez białoruskie władze prezes Związku Polaków. Natomiast prezes
Związku, którego władze białoruskie uznają, Tadeusz Kruczkowski powiedział, że wie o odezwie i że została ona
uchwalona przed kilkoma dniami.
12) „Atak na Polaków początkiem wyborczej kampanii Łukaszenki”
11.08.2005 (PAP) Atakiem na białoruskich Polaków Aleksander
Łukaszenko rozpoczął wzmacnianie swej pozycji w przyszłych
wyborach prezydenckich - napisał w czwartek litewski tygodnik "Veidas".
"Zewnętrzny wróg jest najlepszą strategią. Wewnętrzna opinia
publiczna mobilizuje się i rzekomo broni" - czytamy w artykule
Nerijusa Kauczikasa zatytułowanym "W oczekiwaniu na kolorową
rewolucję".
Tygodnik zaznacza, że "zewnętrznym wrogiem powoli staje się też
Litwa". "W prasie białoruskiej ukazały się już artykuły podnoszące
kwestię składowiska odpadów z ignalińskiej elektrowni atomowej,
która znajduje się nieopodal granicy z Białorusią. Ten region
bogaty jest w jeziora. Tu Białoruś rozwija swą turystykę" -
napisał tygodnik, zaznaczając, że rzeczywiście z formalnego
punktu widzenia, jest to powód, by straszyć Białorusinów Litwą.
Według "Veidasa", takich powodów można znaleźć jeszcze kilka,
ale Litwa ma też przewagę - port w Kłajpedzie, który jest
najtańszym dla Białorusi punktem tranzytu towarów. "Dlatego nie
mamy czego się obawiać"
- zaznacza tygodnik i zadaje pytanie, czy w obecnej sytuacji
"Litwa może krytykować Białoruś?"
"Najważniejszą swą misję w regionie Litwa dotychczas realizowała
wspólnie z Polską. Strategiczne partnerstwo z Polską dla Litwy
zawsze było żywotnie ważne. W tym tandemie Polska jest dużym
graczem i teraz powinna zademonstrować swoje znaczenie, tym
bardziej, że obecnie czuje się osobiście urażona. Litwie natomiast
w tej sytuacji wystarczy wyraźnie poprzeć Polskę, a nie dążyć do
tego, by zostać liderem" - uważa autor publikacji.
Zaznacza też, że "można krzyczeć, stosować drastyczne środki -
zakazując na przykład tranzytu przez Litwę towarów białoruskich do
portu
w Kłajpedzie, jednakże tym nie wystraszymy reżimu Łukaszenki. Nie
można zapominać, że "pomarańczowa rewolucja" rodzi się od
wewnątrz" – napisał "Veidas".
13) Korwin-Mikke i Tejkowski w białoruskiej telewizji
Białoruska telewizja ponownie oskarżyła w niedzielę Polskę o
ingerowanie w jej wewnętrzne sprawy, wykonywanie poleceń USA i
gnębienie białoruskiej mniejszości w na Białostocczyźnie.
Dwa kanały publicznej telewizji oskarżyły Warszawę o to, że działa
na zlecenie Stanów Zjednoczonych. Według pierwszego programu
telewizji Polska otrzymała od Waszyngtonu pieniądze na krzewienie
demokracji na Białorusi. Nie wykonała jednak zleconego zadania,
dlatego rozpoczęła konflikt polityczny z Mińskiem. Telewizja
twierdzi, że w tym celu, jako mięso armatnie, Warszawa
wykorzystała Związek Polaków na Białorusi. Dziennikarz prowadzący
program stwierdził, że "od czasu rozkwitu Rzeczypospolitej Polacy
stali na uboczu wielkiej polityki". Dodał, że przez ponad dwa
wieki nikt nie pytał Polski o zdanie w sprawach światowej
polityki, "chociaż historyczne pretensje naszych sąsiadów zawsze
były wielkie". Program telewizji w cyklicznym wieczornym programie
"W centrum uwagi" poświęcił Polsce ponad 20 minut, czyli więcej
niż w podobnych reportażach, które pojawiały się wcześniej. Według
mińskiej TV, w gazecie "Rzeczpospolita"
pojawiają się głosy "o odebraniu Białorusi jej zachodnich
obwodów".
W białoruskiej telewizji cytowano też rosyjskich polityków i
politologów, którzy wypowiadali się krytycznie o Polsce w związku
z pobiciem dzieci rosyjskich dyplomatów. Oba kanały oskarżają
Polskę o chęć przyłączenia zachodnich ziem Białorusi. W pierwszym
kanale telewizji wystąpił Janusz Korwin-Mikke, który mówił, że
Polska wtrąca się w wewnętrzne sprawy Białorusi. Z
podobnymi zarzutami wystąpił w programie drugim telewizji Bolesław
Tejkowski przedstawiony jako prezes Polskiego Komitetu
Słowiańskiego. Nowym elementem, poruszonym w białoruskiej
telewizji, jest zwrócenie uwagi na problemy, które rzekomo ma w
Polsce białoruska mniejszość. W
niedzielnym programie, prowadzonym w języku rosyjskim, jedna z
mniej znanych działaczek białoruskiej mniejszości z
Białostocczyzny mówiła po białorusku, że w tym roku polskie władze
jeszcze nie sfinansowały imprez organizowanych przez białoruską
mniejszość. Jak powiedziano w komentarzu, jest to pozostałość z
czasów, "gdy Białorusini nie mogli dostać nawet prostych urzędów
państwowych, np. pracować w policji". Jednocześnie padło
stwierdzenie, że za przywiązanie
do białoruskiego narodu czy kultury Białorusini w Polsce mogą być
nawet pobici. Pierwszy kanał białoruskiej telewizji oskarżył też
polskie władze o szykanowanie mniejszości białoruskiej w Polsce, a
według drugiego kanału - Polacy popierający stanowisko Mińska są
zwalniani z pracy i wyrzucani
z uczelni. Program drugi twierdzi też, że członkowie Związku
Polaków na Białorusi otrzymują 20 dolarów za wywiad, w którym
skarżą się na prześladowania przez władze w Mińsku. W programie
padło stwierdzenie, że "polscy Białorusini są zaniepokojeni swoją
przyszłością", a "państwo polskie
w warunkach tak zwanej demokracji" nie może zapewnić rozwoju
mniejszości narodowych.